sobota, 17 stycznia 2015

Od Shevarry CD Hazel

Otworzyłam oczy, walcząc z pulsującym bólem głowy i mroczkami zakłócającymi moje pole widzenia. Prawie każda część mojego ciała bolała, co się potwierdziło, gdy spróbowałam zmienić pozycję, w której leżałam. Westchnęłam ciężko i pozwoliłam moim powiekom opaść, na powrót zapadając w niespokojny, wiedziony pesymistycznymi myślami sen, podczas którego przemierzałam dawno nieodwiedzaną przeze mnie twierdzę łowców.
Obudziły mnie obce głosy. Kobiece głosy. Dopiero wtedy odzyskałam trzeźwość umysłu. Dotarło do mnie, że jestem w przypominającym lochy pomieszczeniu. Kamienne ściany utrzymujące we wnętrzu chłód i wilgoć niosły każdy, nawet najmniejszy odgłos wgłąb budowli; łudząco podobne do kopanych przeze mnie tuneli, ale zupełnie mi nieznane i - być może - nieprzyjazne.
Podparłam się na łokciu i uniosłam z wyściełanego zwierzęcymi skórami posłania. Wzięłam głęboki wdech, wbijając wzrok w uchylone drzwi. Ruszały się; ktoś musiał trzymać za klamkę. Z zewnątrz docierały do mnie blaski pochodni - za to wokół mnie nie było żadnych. Dziwne. Nie lubiłam światła - wynikało to z rutyny przebywania pod ziemią - ale skąd medyk mógłby to wiedzieć? Musieli mieć inny powód...
Albo...
Zorientowałam się, że nic nie utrudnia mi oddychania, a mięśnie nie są już obciążone ciężką, płytową zbroją. Uniosłam rękę, by ją obejrzeć. Przeraziłam się.
Nie wysłuchano mojej prośby; ktoś ściągnął pancerz. Tylko co to mogło oznaczać? Wybawienie? Śmierć? Czy jedynie ponowne wygnanie...?
Drzwi zostały otwarte na oścież. Zmrużyłam oczy, poirytowana blaskiem bijącym od pochodni trzymanych przez medyka oraz... właśnie, kim jest ta dziewczyna? Nie wyglądała mi na kogoś leczącego chorych.
- Radziłabym zgasić pochodnie. Budowa jej oczu wskazuje, że nie są one przyzwyczajone do ostrego widzenia w świetle. Nie wiadomo, jak zareaguje... - powiedziała znachorka, zatrzymując się w przejściu i przyglądając uważnie obcej kobiecie. Ta tylko kiwnęła głową, widocznie skupiona na mnie.
- Czy mogłabyś mnie zostawić z nią sam na sam... na jakiś czas? - zwróciła się nieznajoma do lekarki.
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł - odparła medyczka, zdziwiona tą prośbą. - Zazwyczaj nie postępujemy w ten sposób, a w tym wypadku...
- Nie sądzę, by w tym wypadku ktokolwiek z was był pewny, jak powinien postąpić - skwitowała chłodno dziewczyna, gasząc swoją pochodnię.
Znachorka błądziła spojrzeniem między mną a szatynką, ale argument okazał się koronny. Wycofała się, zamykając za sobą drzwi z cichym trzaśnięciem, które jeszcze przez minutę roznosiło się echem po zimnych murach, wypełniając niewygodną ciszę.
Opuściłam nogi na podłogę, pozwalając żelaznym butom stuknąć o twardą płytę. Westchnęłam, rozglądając się za resztą uzbrojenia. Czułam pilną potrzebę ukrycia się pod tym niewygodnym ubraniem, byleby nikt nie patrzył na moje nagie ciało. Co prawda nagie do połowy, a więc zakryte czarną, grubą skorupą, ale przy tym ohydne. Dziwne. Nigdy nie zdążyłam przywyknąć do nowego wyglądu. Zaakceptowałam samą siebie, jako zdolną do przetrwania w wielu warunkach. Co z tego? Cudze spojrzenia przypominały mi o czasach, w których byłam piękna. I wiedziałam, czym jest delikatność. A teraz... teraz, chociaż ciągle zachowuję świadomość, zapominam o pewnych istotnych rzeczach. To, co powinno być tradycją, staje się odmienne, nowe. I obawiam się, że to po prostu przestaje leżeć w mojej naturze. - Nie przeszkadza ci moja obecność? - odezwała się w końcu.
- Niby czemu miałaby mi przeszkadzać? Szanuję wszystko, co żywe. Dopóki żywe nie próbuje uczynić mnie martwą - wycharczałam, wstrząsana nieprzyjemnymi dreszczami. Najwidoczniej dostałam gorączki przez ranę na plecach.
- Co ty robisz? - zapytała, gdy chwiejnym krokiem podeszłam do rozłożonych na niskim stole części zbroi.
- Chcę odejść - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Jesteś ranna. Umrzesz.
- To się zmieni, jeżeli zostanę tutaj?
Odwróciłam się do niej, decydując się na dokładną analizę jej wyglądu. Nieco niższa ode mnie, lecz dawniej byłam podobnego wzrostu. Ładna? Nieładna? Tego nie potrafiłam ocenić, od kilkunastu lat ludzie wydawali mi się łudząco podobni, rozpoznawałam ich głównie po zapachu i głosie. Jej wyraz twarzy był taki... obojętny. Jak gdyby stała przed kimś podobnym sobie, a nie przed rogatym potworem. Widziałam, jak powoli przesuwa wzrokiem po moich szponiastych dłoniach, pancernej skórze, kolcach przy ramionach, przy tym ciągle powracając do twarzy.
- Na początku myślałam, że nie masz oczu - powiedziała nagle, zmieniając temat i dezorientując mnie.
- Hm...? - mruknęłam, zaskoczona jej opanowaniem i luźnym podejściem do... odmienności.
- Nadal nie wiem, gdzie one są. Masz coś przeciwko, bym podeszła bliżej i sprawdziła?
Coś wewnątrz mnie zaprotestowało, a ja odruchowo warknęłam, pochylając niżej głowę.
- Nie wiem, kim jesteś. Nie wiem, co potrafisz mi zrobić. Nie zbliżaj się do mnie - burczałam grobowym tonem, wysilając się na pokonywanie osłabienia, gorączki i bólu.
- Nie chcę cię zabić. To ci powinno wystarczyć - odparła cierpliwie.
- A skąd mam mieć pewność?
Westchnęła ciężko, pokazując mi swoje dłonie.
- Nic nie kryję. Na imię mi Hazel. A dowody są wszędzie wokół ciebie. - Pokazała dłonią coś, co znajdowało się poza ścianami ciemnej klitki. - Znajdujesz się w mieście pełnym magów oraz ludzi z nadzwyczajnymi zdolnościami. Jeżeli ktoś będzie chciał cię zabić, zrobi to.
Ponownie warknęłam, gdzieś tam w głębi, poza szalejącym niepokojem, czując także słuszność jej słów. Ostatecznie na powrót wyprostowałam się, przyznając jej tym samym rację.
- Przedstawiłam ci się, chociaż to raczej ja ciebie powinnam zapytać "kim jesteś?" - kontynuowała. - Więc?
- A jakie to ma znaczenie? - odparłam ponuro, oglądając sobie łuskowate nadgarstki. - Jestem tym, czym jestem. Przecież mnie widzisz.
- Sądzę, że jest w tobie jeszcze coś nadzwyczajnego, na przykład imię... pochodzenie... możliwości... - wymieniała, prowokując mnie do udzielenia tych informacji.
- Smoki mówią mi Shevarra, ludzie wołali Lucïa. Nie używam jednak ludzkiego imienia, jest ono dla mnie gorzką kpiną. Nie pamiętam, skąd pochodzę. Żyję pod ziemią. Gdzie się narodziłam i dlaczego tak wyglądam, nie jest twoją sprawą. A wyjawianie swoich zdolności nieznajomemu to pierwszy krok do zgonu - wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu, chcąc uniknąć denerwujących pytań typu: "jak? skąd? po co? czemu tak dziwnie?".
- A jeżeli ja wyjawiłabym ci jedną z moich umiejętności? - zapytała, a na jej wyciągniętej w moją stronę dłoni pojawiła się zielonkawa, przypominająca esencję życia łuna; jedna z niewielu, która nie raziła mych ślepi. - Spójrz. Potrafię uleczyć niemal każdą ranę.
Zrobiłam kilka kroków w jej stronę. Pochyliłam się, by dokładniej obejrzeć bijącą od niej energię. Niestety, w tym samym momencie plecy dały o sobie znać; syknęłam, wykrzywiając usta w grymasie bólu.
- Pokażesz mi to? - spytała, wyczekując mojej reakcji.
- Masz jakieś uczucia? - rzekłam ironicznie, patrząc na jej niewzruszoną minę.
- A ty? Masz oczy? - podchwyciła.
- Jeszcze mam. - Na potwierdzenie, zamrugałam kilkakrotnie. Hazel zmarszczyła brwi, być może starając się zapamiętać położenie dwóch podłużnych, pustych gałek. - Chciałaś też zobaczyć dziurę, proszę bardzo.
Pozwoliłam jej zerknąć na obrażenia mojego ciała. Wzbudziła we mnie na tyle zaufania, by uciszyć zwierzęcy instynkt. Poza tym, pozostawał jeszcze jeden godny odnotowania szczegół - czułam od niej woń smoka.
- Nie zostałaś napadnięta przed zgraję zwykłych bandytów, prawda? - podsumowała swoje oględziny.
- Nie. Trafiono mnie sporą srebrną strzałą, używaną przez łowców smoków.
- Łowców smoków? - Nie kryła zdziwienia. - Co mają do ciebie łowcy smoków?
- Nie wiem - wyznałam zgodnie z prawdą. - I często odnoszę wrażenie, że łowcy wiedzą o mojej historii dużo więcej, niż ja sama.
- Dość intrygujące. Hmm... - zastanawiała się nad czymś.
Przez długą chwilę żadna z nas nie wypowiedziała ani słowa. Ja spokojnie stałam, uznając, że nie mam nic lepszego do zrobienia.
- Jesteś taka spokojna. Inaczej niż oni wszyscy, niż ludzie. Oni krzyczą na mój widok, albo oskarżają mnie o coś, czego nigdy bym nie zrobiła - przerwałam milczenie po paru minutach. Dziewczyna tylko skinęła głową, przyjmując ten osobliwy komplement. - Ale boję się, że inni mnie nie odbiorą w taki sposób. Że mnie zabiją lub, w najlepszym wypadku, wygnają.
- Ja też jestem w imperium od niedawna. Słyszałam, że nie mają tu nic do smoków. Twój widok nie powinien ich dziwić. No chyba - tu na moment zawiesiła głos. - No chyba, że będziesz na widok każdej osoby reagować warczeniem.
- Przepraszam, normalnie się tak nie witam - wydukałam. - Ja nad tym nie panuję. Jest... jest coraz gorzej. Kilka lat temu wierzyłam w dobroć ludzi, próbowałam ich do siebie przekonać. Tylko, że to coś... coś, co zwie się smoczą chorobą, uniemożliwia mi racjonalne myślenie. Teraz żałuję, że tak postąpiłam, ale kiedy znów będę się bać, ponownie zadziała instynkt. Za nim agresja - wytłumaczyłam zmartwiona.
- W porządku. Mnie nie musisz się tłumaczyć, rozumiem to - rzekła. - Smocza choroba...?
- Nie chcę o tym mówić - westchnęłam cicho, wydając przy tym chrapliwy odgłos.
- Nie zamierzam cię do tego zmuszać.
- Hazel, czy mogłabym prosić, byś spróbowała uśmierzyć ból mojej rany? To nie pomaga w zawieraniu znajomości... - uśmiechnęłam się ostrożnie, by nie pokazać rzędu ostrych kłów. - A chciałabym dowiedzieć się, czy mogę pozostać w imperium.

Hazel?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz