środa, 18 lutego 2015

Od Larinae cd. Varysa

Podążałam śladem wędrowca już od jakiegoś czasu, ale mogłam uważniej przyjrzeć się jego obliczu dopiero wówczas, kiedy zajęłam miejsce obok niego. Wyglądał na mniej więcej dwadzieścia pięć lat. Miał raczej ostre rysy twarzy, na którą opadały ciemne włosy o osobliwym, bordowym odcieniu, zaczesane wyraźnie w bok i zebrane w coś na kształt warkocza. Spojrzałam w jego chłodne, stalowe oczy i natychmiast odwróciłam wzrok. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie potrafiłam spoglądać w nie przez dłuższą chwilę. 
Dosiadając się do stolika miałam nadzieję, że to on rozpocznie rozmowę. Niestety najwidoczniej źle go oceniłam. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy mierzył mnie wzrokiem, ewidentnie oczekując inicjatywy z mojej strony. A ja nie miałam pojęcia, co powinnam w takiej sytuacji powiedzieć. Nie mogliśmy jednak milczeć w nieskończoność. 
- Dzień dobry... Idę za Tobą od jakiegoś czasu - zaczęłam niepewnie po upływie paru dobrych chwil. 
- Mam rozumieć, że mnie śledzisz? - spytał głosem dość nieprzyjemnym i stanowczym. 
- Nie do końca, ja tylko...
- Na czyje zlecenie pracujesz? 
- To nie tak. 
- A więc dlaczego za mną szłaś? - odparł z naciskiem. 
Zastanowiłam się nad odpowiedzią, bo właściwie sama jej nie znałam. Mój wzrok padł na niego zupełnie przypadkiem w drodze na targ. Postanowiłam, że za nim pójdę, bo kierowało mną niejasne, dziwne przeczucie. Jakbym kiedyś już go widziała. Musiałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat mężczyzny. Naturalnie nie mogłam wyjaśnić mu tego wprost, bo takie wytłumaczenie z pewnością nie zabrzmiałoby wiarygodnie. 
- Bo... pierwszy raz widzę cię w mieście - oświadczyłam wreszcie zgodnie z prawdą. 
- Całkiem możliwe. I co w związku z tym? 
- Myślę, że przyszłeś tutaj z daleka - stwierdziłam, patrząc na jego strój, który mógł należeć tylko do zdrożonego i znużonego długą trasą podróżnika - Może mogłabym... w jakiś sposób pomóc? 
(Varys?)

wtorek, 17 lutego 2015

Żegnamy Celin

Ze smutkiem ogłaszam, iż Celin opuszcza nasze Imperium.
Dziękuję za wspólne pisanie i życzę szczęścia.

Od Varysa - Podejście 2

Jako że Hazel odeszła, wstawiam to opowiadanie jeszcze raz, aby ktoś inny je dokończył.
---------------------------------------------------------------------------------
Powoli wyszedłem z lasu, bezgłośnie stąpając po ubitej drodze. Rozejrzałem się czujnie dookoła, lecz nikogo nie dostrzegłem. Nie dziwiło mnie to. Było jeszcze przed świtem. Ostatni raz spojrzałem w niebo i ruszyłem przed siebie. Miecz ciążył mi u pasa. Byłem wykończony. Szedłem już 2 dni, tylko po to aby dojść do jakiegoś miasta. Co ja mówię? Mogłaby być nawet rozpadająca się chata, byle by byli w niej ludzie. Miałem dość samotności. Rozmyślając, zaszedłem na skrzyżowanie i przystanąłem, nie mając pojęcia gdzie iść dalej. Nagle z bocznej uliczki wybiegł jakiś człowiek. Mały, zgarbiony człowiek.
- Hej! Poczekaj! - zawołałem, a moje słowa zabrzmiały jak warknięcie.
Człowieczek stanął i spojrzał na mnie przestraszony.
- Wiesz może gdzie jest gospoda? - zapytałem, siląc się na uprzejmy ton.
Mężczyzna zaśmiał się piskliwie, raniąc moje uszy.
- Ta stara, zapyziała nora? Oczywiście że wiem! - powiedział, po czym dodał - po prostu idź w lewo, a potem w prawo. Na pewno jej nie przeoczysz.
- Dzięki - mruknąłem, lecz nie było już po nim śladu.
Poszedłem we wskazanym kierunku i po chwili stałem przed drzwiami gospody. Wyglądała jak wszystkie inne inne budynki w pobliżu, ale wydawała się większa i jakby wytrzymalsza. Zapukałem, zastanawiając się czy ktokolwiek jest w środku o tej porze. Nie otrzymawszy odpowiedzi pchnąłem lekko drzwi, które uchyliły się lekko. Zdziwiony, pchnąłem je mocniej i wślizgnąłem się do ciemnego wnętrza. Stanąłem jak wryty. Zewsząd zaatakowały mnie zapachy. Rozlanego piwa, potu i dymu. Mimo że zdążyły już trochę wywietrzeć, dalej unosiły się w powietrzu. Trzema długimi krokami, podszedłem do lady, za którą oberżysta wycierał szklanki.
- Zamknięte - mruknął, nie podnosząc wzroku.
- Nie obsłużysz zmęczonego wędrowca? - zapytałem ponuro.
Mężczyzna poderwał głowę i na mój widok cofnął się o krok. Nie dziwiłem mu się. W znoszonym, brudnym ubraniu, obwieszony bronią, musiałem wyglądać niezbyt... przyjaźnie. Odpiąłem sakiewkę zza pasa i potrząsnąłem nią ostentacyjnie. W środku pobrzękiwały złote monety. Prawie się uśmiechnąłem, widząc zmianę jak nastąpiła na twarzy gospodarza. Prawie.
- Ależ proszę usiąść. Co podać? - zapytał z entuzjazmem.
Opadłem na stołek przy ladzie i westchnąłem z ulgi. Jak dobrze wreszcie usiąść.
- Masz coś do jedzenia? Jestem głodny - powiedziałam, a jakby na potwierdzenie z mojego brzucha wydobyło się głośne burczenie.
- Oczywiście. Mam świetną potrawkę z dzika, albo, jeśli woli pan coś delikatniejszego, polędwiczki z sarny - odpowiedział szybko, jakbym miał zaraz uciec.
- Hm... W takim razie niech będzie potrawka. I duży kufel piwa - odpowiedziałem, kładąc na blacie dwie monety.
Mężczyzna zgarnął je pośpiesznie, po czym zabrał się za przyrządzanie jedzenia. Po chwili stał przede mną talerz z parującą dziczyzną i wielki kufel piwa. Upiłem łyk i na mojej twarzy pojawił się błogi wyraz. Tak dawno nie piłem tego bursztynowego trunku. Odstawiłem kufel i spróbowałem potrawki. Okazała się przepyszna więc z ochotą się za nią zabrałem. Po kilku minutach talerz był pusty. Oberżysta widząc to wybuchnął śmiechem.
- Może skusi się pan na kawałek jabłecznika? Własna robota - kusił.
Spojrzałem po sobie. Nic. Idealna sylwetka. Pod tym względem nie miałem sobie nic do zarzucenia.
- Jasne - powiedziałem, a ciasto zniknęło tak szybko jak wcześniej potrawka.
Rozparłem się na stołku, sącząc resztkę mojego napoju.
- Masz gdzie spać? Wiesz, mam tutaj kilka wolnych pokoi... - zaczął gospodarz, lecz przerwałem mu machnięciem ręki.
- Mam gdzie spać - uciąłem krótko.
Naszą wymianę zdań przerwał nagły podmuch wiatru. Okazało się że to ktoś wchodzi do gospody.
Była to wysoka, szczupła dziewczyna z przenikliwym spojrzeniem.
- Właź bo zimno! - krzyknął w jej stronę oberżysta.
Dziewczyna obrzuciła go przelotnym spojrzeniem, po czym całą uwagę skupiła na mnie. Zamknęła drzwi i podeszła do lady. Usiadła, dokładnie obok mnie. Mierzyliśmy się spojrzeniem. Czekałem, aż się odezwie.
(Dziewczyno?)

Selekcja

Ogłaszam selekcję!
Proszę wszystkich członków Szklanego Imperium, którzy chcą w nim pozostać o wysłanie do mnie (7serce2001) wiadomości z imieniem postaci (Do końca lutego). W tytule proszę napisać "Selekcja".
Byłabym też niezmiernie wdzięczna, gdyby pojawiło się więcej opowiadań.
Jeśli macie jakieś pomysły na ulepszenie stronki, chętnie was wysłucham.
Pozdrawiam

Żegnamy Hazel

Ze smutkiem ogłaszam, iż Hazel opuszcza nasze Imperium.
Dziękuję za wspólne pisanie i życzę szczęścia.

Od Argony cd. Joffrey'a

- Ładnie tu - powiedziałam, z wdzięcznością przyjmując ręcznik. - Mieszkasz z kimś?
- Tylko z Yukkim - odparł, zaczynając wycierać przemoczone włosy. - Usiądź. Napijesz się czegoś?
- Herbaty, jeśli można. - Uśmiechnęłam się lekko, siadając w jednym z foteli.
Chłopak zniknął na chwilę. W tym czasie rozebrałam się z czarnego ubrania i owinęłam ręcznikiem. Położyłam strój przy ogniu, by szybciej wysechł i znieruchomiałam nasłuchując. Deszcz bębnił monotonnie o dach. Nawet nie zauważyłam kiedy wstrzymałam oddech. Joffrey krzątał się po sąsiednim pomieszczeniu. Hikari mruczał coś na wysokich liniach telepatycznych, tuż na granicy słyszalności.
Nagle poczułam ból w prawym boku. Łapiąc gwałtownie powietrze chwyciłam się za bolące miejsce i jęknęłam. Zakręciło mi się w głowie. Upadłam na podłogę przede mną. Poczułam fale niepokoju ze strony mojego smoka. Echo dzikiego ryku, z dnia, w którym się poznaliśmy.
- Argono? - Z mroku wyrwał mnie znajomy głos i czyjeś silne ręce pomogły mi wstać.
- Dziękuję... - szepnęłam niepewnie. - Strasznie tu duszno. Słabo się poczułam.
Chłopak skinął głową i posadził mnie z powrotem na fotelu. Sam usiadł na przeciwko i wskazał dłonią filiżankę, napełnioną aromatycznym płynem. Pochyliłam się i drżącą dłonią chwyciłam za uszko naczynka. Nadpiłam delikatnie. Herbata była dobra, choć czuć w niej było posmak goryczki.
- Nawet tutaj widzę pianino - zagadnęłam, chcąc odwrócić uwagę chłopaka od niespodziewanej niedyspozycji. - To musi był twoja największa pasja.
- Tak jest - skinął głową. - Granie jest najpiękniejszą rzeczą, jaką jestem w stanie sobie zafundować, po całym dniu użerania się z ludźmi.
- Muzyka jest piękna, jednak czy nie jest znacznie lepiej się nią dzielić z przyjaciółmi, niż samemu grać? - zapytałam w powietrze. - Tego się nigdy nie wie, póki się nie spróbuje. Prawdę mówiąc nigdy nie śpiewałam z kimś dla przyjemności. Dziś był pierwszy raz. To było na prawdę przyjemne. Może to kiedyś powtórzymy?
(Joff? :3)

Od Argony cd. Joffrey'a ~ Wyprawa

Spojrzałam w ślad za uciętą głową. Chłodno.
- Rozumiem... - stwierdziłam cicho i niepewnie. - Ale nie powinieneś się tym tak ekscytować. Jest jeszcze wielu wrogów do zabicia. Nie powinieneś wyróżniać tych parszywców swoją uwagą.
Widać było, że moje słowa nieco go zdziwiły, ale nie przeszkodziło mu to w kontynuowaniu dzieła zniszczenia.
- Coś jeszcze? - zapytał, z trudem utrzymując Yukkiteru na wodze.
- Nie - przyznałam. - Spotkajmy się wieczorem w obozie, okej?
Nie odpowiedział. Ruszył z nowym impetem na tłum zbrojnych. Pokręciłam głową. Nic tu po mnie.
~ Po nas ~ poprawił Hikari
- Wracamy! - zakomenderowałam i zwinnie zawróciliśmy w powietrzu do obozu.
***
Wieczorem, gdy pierwsza bitwa zakończyła się, a żołnierze powrócili do obozu, zajmowałam się pomocą rannym. Nie byłam w tym zakresie zbyt wykwalifikowana, ale dawałam sobie jakoś radę. Mogłam przynajmniej częściowo ulżyć cierpiącym. Mogłam zaśpiewać kołysankę najciężej rannym.
W pewnej chwili do namiotu szpitala polowego wszedł raźnym krokiem Joffrey. W oczach nadal miał dzikie błyski, a po ustach błądził niepokojący uśmiech. Widząc mnie skierował ku mnie swoje kroki.
- Chciałaś się spotkać - powiedział spokojnie, mimo wskazującej na coś zupełnie innego mimiki twarzy.
- Tak, ale nie tutaj. - skończyłam opatrywać ranę mojego aktualnego pacjenta i ruszyłam do wyjścia. - Choć.
Razem poszliśmy na pobliskie wzniesienie, z którego widać było całe pole bitwy. Dopiero tam zadałam mu pytanie:
- Zabiłeś już wszystkich, których chciałeś?
(Joffrey?)

niedziela, 15 lutego 2015

Od Joffrey'a Cd. Argony ~ Wyprawa

Chorągwie szarpane przez wiatr na terenie wroga wyglądały głupio. Każdy wielki lord chwalił się swoim pięknym proporcem lecz sam nie stawał do bitwy. Wśród ty powiewających szmat dostrzegłem herb królestwa w którym się urodziłem. Był nieco zmieniony, ale nadal rozpoznawalny. No tak, nie ma się co dziwić. W końcu uważali że zabijanie smoków jest potrzebne. Przez nich zginęła Alayne, i król, i królowa i moi rodzice. Czułem się jakby ktoś dał mi niepowtarzalną szansę na dopełnienie zemsty. Yukki mało się nie wyrywał do tych legionów. 
- Dalej przyjacielu. Zmiećmy ich z powierzchni ziemi. - krzyknąłem. Smok palił wszystkich którzy próbowali nam stanąć na drodze. Kątem oka dostrzegłem Argonę. Wśród walczących wypatrzyłem znajomą mordę, która prześladowała mnie co noc. Kat stał niedaleko jakiegoś tłustego lorda. Spadłem na nich z nieba, jak jastrząb spada na mysz. Yukiteru zajął się grubasem a ja złapałem za przydługie włosy drugiego mężczyznę.
- Litości!- zawył patrząc jak odchylam rękę z berdyszem.
- Nie. - powiedziałem cicho mrużąc oczy. - Nie miałeś jej dla dziewczynki, którą wieszałeś. -dodałem wykonując potężny zamach. W jego oczach widziałem przerażenie. Chwilę potem znów byliśmy w powietrzu. Trzymałem odciętą głowę za kudły jako makabryczne trofeum. Jego mina była taka zabawna! Wybuchnąłem śmiechem patrząc w jego szklane, martwe oczy. Argona podleciała do mnie zaniepokojona.
- Joffrey...-zaczęła. Przeniosłem na nią wzrok. Mocniej ścisnąłem głowę jakby chciała mi ją zabrać. Opamiętałem się po dłuższej chwili. Spojrzałem z pogardą na głowę kata i cisnąłem ją w dół.
- Kopnął stołek na którym stała. - powiedziałem tylko patrząc jak ucięty łeb spada w wir walki.

Argona?

Od Joffrey'a Cd. Argony

Ścisnąłem lekko jej dłoń. 
- Obydwoje nie mieliśmy lekko...-powiedziałem cicho. - Może masz rację. Nie powinienem cały czas żyć wspomnieniami, ale nie dam rady też o wszystkim zapomnieć. - dodałem patrząc w niebo. Argona też zawiesiła wzrok na chmurach.
- Otrząśnięcie się z czegoś takiego nie jest łatwe. - jej głos był spokojny i pełen współczucia.
- Wiem...ale mogę spróbować. Nic nie obiecuję...nie wiem czy dam radę i w ogóle. Chcę cię prosić o pomoc. Ty masz lepsze stosunki z ludźmi...Yukki też potrzebuje pomocy. Przez ten cały czas uczyłem go tylko nienawiści.- po tych słowach zapadła chwila ciszy.
- Postaram się. Obiecuję. - milczeliśmy potem przez dłuższy czas.
- Myślisz że będzie padać?- spytała patrząc w chmury. Były ciemne i jakby nasączone wodą.
- Tak...zbierajmy się. Zaraz będzie lać. -powiedziałem wstając. Argona też się podniosła. Przyzwałem Yukkiego i wskoczyłem na jego grzbiet. Dziewczyna już siedziała na swoim smoku. 
Deszcz złapał nas w połowie drogi. Do tego wiał mocny wiatr. Nawet Hikari zaczął mieć problemy z lotem.
- Niech to szlag! Yukki ląduj! - zawołałem do smoka. Posłusznie stanął na jednej z ulic. Argona zeskoczyła ze swojego smoka i stanęła obok mnie.
- Przy takiej pogodzie nie zamierzam ryzykować lotu. - powiedziałem. Kiwnęła głową. Była przemoczona, ja z resztą też. Westchnąłem.
- Mieszkam niedaleko. Chodź, przeczekasz ulewę. 
- A smoki...?
- Kupiłem dom z niewielką stajnią. Wystarczyła lekka przebudowa, aby była odpowiednia dla smoków. Hikari i Yukki na pewno się zmieszczą. - odparłem. Ruszyliśmy w stronę mojego domu. Zanim zostawiliśmy naszych latających przyjaciół, ostrzegłem Yukiteru aby nie zaczynał do białego smoka. Wiedziałem że mnie posłucha. 
Mój dom nie był ani duży ani mały. W salonie stało pianino, kanapa i dwa fotele. Szybko rozpaliłem w kominku przy ścianie. Przyniosłem też ręczniki, które podałem Argonie. 

Argona?

sobota, 14 lutego 2015

Od Argony cd. Joffrey'a - Wyprawa

Spojrzałam posępnie na grzbiet Hikari'ego pode mną.
- Nie zgodził się... - odparłam. - Za bardzo się o mnie martwił. Jednak teraz mam zamiar polecieć nieco wyżej, by oszczędzić mu kontaktu z krwią. Dacie sobie radę sami z Yukkim, nie?
- Oczywiście. - Chłopak skinął głową, podczas gdy smok rozszarpywał kolejnych żołnierzy wroga. Uśmiechnęłam się lekko i wzbiłam wyżej w powietrze.
~ Co teraz zamierzasz zrobić? ~ głos smoka był nieco zaniepokojony
- Wkrótce włączę się do walki - odparłam cicho. - Muszę tylko poczekać na stosowną sposobność, by rozprawić się z tamtym tchórzem. Przy okazji mogłabym skrócić o głowy jego generałów.
Poczułam gardłowe westchnięcie Hikari'ego.
~ Wiem, że musisz to zrobić, jednak nie jestem z tego powodu szczęśliwy ~ stwierdził. ~ Kiedy nadejdzie ten sposobny moment? ~
- Na pewno nie teraz. Wieczorem. - Pogładziłam podopiecznego po białej szyi. - Musisz zniżyć nieco lot. Nie jestem w stanie niczego ujrzeć przez te chmury.
Smok bez słowa wykonał polecenie i w pełnej okazałości ujrzałam ogrom bitwy. Szare i jednolito uzbrojone oddziały wroga ścierały się z barwnymi, zróżnicowanymi grupami naszych. Dosłownie. Widać było różnobarwne herby, tuniki, płaszcze, lekkie kolczugi, ciężkie zbroje. Ktoś, kto ich organizował chyba nie znał się zbyt dobrze na taktyce wojennej i raczej postawił na niemal teatralną walkę najpotężniejszych rycerzy z całą resztą, nie zważając na uzbrojenie.
Co prawda ta pomyłka była całkiem zwinnie uzupełniana przez latające nad polem bitwy smoki, jednak po raz pierwszy od początku bitwy poczułam, że może nie pójść tak łatwo jak mi się wydawało. Trzeba jak najszybciej pozbyć się generałów.
~ Argono, nie denerwuj się tak. ~ Napłynęła ku mnie łagodna fala ciepła od strony Hikari'ego ~ Przestałaś oddychać.
Po tych słowach zorientowałam się, że faktycznie i wypuściłam powietrze z płuc.
- Dzięki...
Koło mnie, na odległość łokcia przemknął czarny kształt Yukkiteru. Chłopak na grzbiecie smoka miał niemal szaleńczy wyraz twarzy. Już po chwili kilka oddziałów zostało zalanych czerwonymi płomieniami. Na polu stały teraz posągi z zastygłego metalu.
(Joffrey?)

Od Argony cd. Joffrey'a

Przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć. Mogłabym mu w zamian opowiedzieć o moich przeżyciach, jednak w tej chwili nie wydawało mi się to zbyt stosowne. Położyłam łagodnie dłoń na jego dłoni i spojrzałam na niego.
- Niestety nie jestem księżniczką. - Uśmiechnęłam się pogodnie. - Jednak to miłe, że przypominam ci jakąś. - Chłopak przewrócił oczami, więc zmieniłam ton, a w moich oczach przestały grać radosne błyski. - Nie powinieneś nienawidzić ludzi za to, co zrobili twojej ukochanej ani też obwiniać o to siebie. To może być trudne, ale spróbuj zapomnieć o przeszłości i żyć chwilą.
- Nie rozumiesz. Na twoich oczach nie wieszano twojej ukochanej. - Joffrey pokręcił z westchnieniem głową. Już się przymierzał do wstania, gdy chwyciłam go za rękę, niezwykle mocno i przytrzymałam w miejscu.
- Rozumiem doskonale. - Mój głos stał się niespodziewanie zimny jak lód. Hikari na dachu zamku podniósł niespokojnie głowę wyczuwając zmianę mojego nastroju.
Po chwili się uspokoiłam i puściłam dłoń chłopaka. Wszelkie ślady chłodu znikły z mojej twarzy i spuściłam wzrok, niczym zawstydzona małolata. W gruncie rzeczy zawstydziłam się ujawnieniem mojej drugiej natury. Jeszcze w takim momencie.
- Wybacz... - szepnęłam cicho.
Czułam obecność Joffrey'a przy moim boku, jednak brunet nie powiedział nic. Nie byłam w stanie odgadnąć jego uczuć. W końcu zaufał mi, a ja pokazałam, jak nieczuła jestem. Nie powinnam była tego robić.
- Nie szkodzi. Nie masz za co przepraszać - mruknął, jednak nie wstał, nie spróbował odejść ponownie.
Ostrożnie uniosłam głowę. Kątem oka patrzyłam na twarz towarzysza. Był równie spokojny jak zawsze.
- Ja jako dziecko byłam członkiem wędrownej rodziny aktorów - zaczęłam, chcąc usprawiedliwić mój wybuch chłodu. - Wiele podróżowaliśmy i występowaliśmy w różnych miastach. Być może już kiedyś się spotkaliśmy, bo zdarzało mi się bywać na dworach królewskich. Moi rodzice byli dość cenieni w kręgach artystów. Kiedyś, gdy wyruszyliśmy w wyjątkowo długą drogę do królestwa Tescille napadli na nas bandyci. Nie zdążyliśmy im umknąć i zginęli moi rodzice. Ja zemdlałam, a gdy się obudziłam byłam ciężko ranna... Mnie też nie zamierzali oszczędzać, jednak miałam szczęście... - Zamilkłam na chwilę, spoglądając ukradkiem na Joffa. - Nie nienawidzę ich za to. Przez śmierć moich rodziców spotkało mnie mnóstwo pięknych i dobrych rzeczy. Zaprzyjaźniłam się z Hikari, odkryłam talent artystyczny no i poznałam ciebie.
(Joff?)

piątek, 13 lutego 2015

Od Joffrey'a Cd. Argony

Spojrzałem na dziewczynę lekko zaskoczony propozycją.
- Tak.- odparłem pochylając się do szyi Yukkiego.
~Daj z siebie wszystko...~ przekazałem mu telepatycznie. Tylko z nim potrafiłem tak rozmawiać. Właściwie, to on mnie tego nauczył. Yukiteru wyrównał lot, a jego ruchy stały się zacznie płynniejsze. Przyspieszył gwałtownie. Wiatr szarpał moje włosy i zapierał dech w piersiach. Te momenty były cudowne. Kiedy znajdowałem się wysoko czułem się jakbym uciekał od przyziemnych spraw, wspomnień. Hikari i Argona z łatwością nas dogonili. Do zamku dolecieliśmy prawie jednocześnie...wyprzedziła nas dosłownie o kilka cali. Zrównałem się z nią.
- Pokażę ci coś!- zawołałem kierując Yukkiego na tyły zamku. Zaskoczona poleciała za mną. Zeskoczyłem ze smoka i stanąłem na dość szerokiej rzeźbionej wnęce pałacu. Dziewczyna po chwili znalazła obok mnie.
- Nie ma tu okien...jesteśmy niewidoczni. To świetne miejsce do rozmyślań, wiesz? Nikt cię tu nie niepokoi. - powiedziałem siadając. Yukki oddalił się od nas na znaczną odległość. Hikari znalazł sobie miejsce na dachu pałacu. Spojrzałem w dół obserwując ludzi. Z tej wysokości wyglądali jak mrówki. Każda z nich miała swoje problemy, domy, rodziny...
- Lubisz to miejsce...?- zapytała cicho.
- Tak. Jest odcięte od gwaru miasta i ludzi.- mruknąłem nie podnosząc wzroku. Argona zapatrzyła się na horyzont.
- Nie lubisz tłumów, tak? - spytała z lekkim uśmiechem.
- Nienawidzę.- mój głos zabrzmiał ponuro. - Nie miej za złe mojemu przyjacielowi. Dużo przeszedł. - dodałem. Poczułem na sobie jej współczujący wzrok.
- Tobie zaufał.
- Znamy się od dawna. Od bardzo dawna. - powiedziałem ostrożnie. - znalazłem go zdziczałego i poranionego. W pierwszej chwili chciał mnie przegryźć na pół. Dopiero potem przypomniał sobie...
- Przypomniał...to znaczy że jeszcze przed oswojeniem miałeś z nim kontakt...- wydawała się lekko zaskoczona.
- Tak...to dość dziwna historia.- mruknąłem spoglądając w innym kierunku. Zapadło milczenie. Wiedziałem że zżerała ją ciekawość. Nie wiem co mnie skłoniło do opowiedzenia tego. Może to że tak przypominała mi moją księżniczkę?
- Urodziłem się w bogatej rodzinie szlacheckiej. Mój ojciec był prawą ręką króla. - zacząłem. Czułem się strasznie niepewnie. Chyba pierwszy raz mówiłem to na głos. - Miałem poślubić księżniczkę. Nazywała się Alayne. Była piękna, dobra, miała prześliczny głos. Przy niej czułem się wyjątkowy. Chyba tylko ona umiała nade mną zapanować. - zauważyłem lekki uśmiech na twarzy Argony. - Król był przeciwny zabijaniu smoków, ale nie mógł tego zabronić. Wielu wrogów czyhało wtedy na tron. Ograniczył polowania...w podziemiach zamku trzymał czarną "bestię". Nazywał się Arashi...dopiero potem nazwałem go Yukiteru. Nie chciał słyszeć starego imienia, więc musiałem je zmienić. Ludzie dowiedzieli się o tym, wybuchły bunty. Przypuścili szturm na zamek. Chorążowie ojca Alayne zwrócili się przeciw rodzinie królewskiej. Staraliśmy się ich bronić. Moi rodzice i jej rodzina...zostaliśmy pojmani. Skazani na śmierć jak zwykli ludzie. Na dzień przed egzekucją uciekłem. Uwolniłem smoka. Uciekł, pewnie go potem złapano. Ja wmieszałem się w tłum...Nie mogłem nic zrobić. Króla i mojego ojca ścięli. Matkę i królową powieszono. Alayne musiała na to patrzyć. Widziałem jak pętla zaciska się na jej bladej szyi. Była przerażona. Na sekundę przed śmiercią wypatrzyła mnie w tłumie. Uśmiechnęła się. Kat kopnął stołek...szamotała się na tej przeklętej linie a ja nie mogłem nic zrobić. Jej twarz była biała jak kreda. Następnego dnia wyjechałem. Włóczyłem się trochę po świecie, potem spotkałem Yukkiego. Najwyraźniej wyrwał się z jakiejś niewoli. Udało mi się odzyskać jego zaufanie. Wróciliśmy do kraju. Przez 3 tygodnie paliliśmy i niszczyliśmy wioski. Nikogo nie oszczędzaliśmy. Kobiety, dzieci...wszystkich spaliłem. - poczułem z powrotem gorzki smak gniewu z tamtych dni.
- Dlatego teraz....
- Uciekam od ludzi? Tak. Nienawidzę ich. To parszywe kundle które prędzej czy później zagryzą swojego właściciela. Tamtego dnia skazali na śmierć niewinną dziewczynkę. - Zacisnąłem palce na marmurze.
- Przykro mi....- zaczęła delikatnie.
- Nawet nie wiem po co to mówię. Przypominasz mi ją. Przypominasz księżniczkę, którą mi zabrano.- mruknąłem opuszczając głowę.

Argona?

czwartek, 12 lutego 2015

Od Argony cd. Joffrey'a

- Nic nie szkodzi. - Uśmiechnęłam się przyjaźnie, wyciągając otwarte dłonie w kierunku smoka w geście powitania. Smok tylko wyszczerzył zęby groźnie. - Lecimy? 
- Tak - Joffrey skinął sztywno głową. 
Położyłam dłonie na boku Hikari'ego, a on pochylił głowę. Jednym zwinnym ruchem znalazłam się na jego grzbiecie. 
~ Uważaj na niego ~ powiedział smok. ~ Jest niebezpieczny. Ciemny. Pachnie mrokiem.
~ Wiem. Nie martw się. ~ Jak uważasz. 
Yukkiteru z łopotem skrzydeł wystartował z ziemi. Odczekaliśmy chwilę i bez najmniejszego dźwięku wznieśliśmy się w powietrze. Zrównaliśmy się z czarnym smokiem. Zawsze bawił mnie dźwięk skrzydlatych i ich uzależnienie od wiatrów oraz pewna niezdarność lotu. W górę i w dól, w górę i w dół.
- Ścigamy się do szklanego pałacu? - krzyknęłam do chłopaka ze śmiechem, odchylając się do tyłu. 
(Joffrey?)

środa, 11 lutego 2015

Jednak nie koniec

Ogłaszam, iż Szklane Imperium jednak nie zostanie zamknięte.
Wszystko pozostaje tak samo, oprócz administracji.
Od teraz proszę wysyłać swoje opowiadania do gracza 7serce2001.
Pozdrawiam

Koniec

Niestety razem z Paper rezygnujemy z prowadzenia bloga. Powodem jest brak chęci do pisania i prowadzenia go. Jeśli komuś jednak na nim zależy to proszę pisać na howrse do odiium lub WhiteFire a z chęcią go komuś oddamy.

Przepraszamy za wszystko i dziękujemy za wspólnie spędzone chwile.

sobota, 7 lutego 2015

Od Viserysa - Wyprawa

Naciągnąłem łuk i wypuściłem strzałę. Kolejny człowiek poległ z przebitym gardłem. W tym momencie ludzie byli jak zwierzęta, które zabijałem na polowaniach. A bitwa to jedne wielkie łowy. Wyciągnąłem kolejną strzałę, nakładając ją na cięciwę. Zmrużyłem oczy szukając celu. Przypatrując się walczącym, o mało nie dostałem zawału. Wsród tej zawieruchy dotrzegłem Cathy. Co ona tu robi? Miała być medykiem! myślałem. Dopiero potem dostrzegłem że pomaga jakiemuś żołnierzowi. Próbowała zabrać go z pola bitwy. To okropne. Przecież mogło by się jej coś stać. Wyciągnąłem sztylety i rzuciłem się w wir walczących. Łuk w tej sytuacji nie zdałby się na wiele. Biegłem przez pole, depcząc trupy i rannych, omijając walczących. Już prawie byłem na miejscu, już prawie. Ta chwila wydawała mi się jakby została puszczona w zwolnionym tempie. Podnosząc wzrok na niebo dostrzegłem szybujące strzały wrogich łuczników. Nie dało się z tym nic zrobić. Cathy była odsłonięta, praktycznie bezbronna. Mogłem zrobić tylko jedno. Skoczyłem do przodu i przygniotłem dziewczynę do ziemi, chroniąc ją. Krzyknęła zaskoczona. Poczułem jak w moje plecy wbija się strzała. Ten sam ból poczułem potem w boku. Strzała wbiła się głęboko pod żebra. Chyba uszkodziła płuco. Otworzyłem szeroko oczy, które momentalnie zaszły mgłą.
- Vis!- krzyknęła wystraszona.
-Nie...ruszaj się. - mój głos był cichy i słaby. - Wypuszczą kolejną salwę jeśli zobaczą...- dziewczyna posłusznie znieruchomiała.
- Jesteś ranny...- szepnęła.
- Wie....-zacząłem. Niedane było mi skończyć. W tym momencie poczułem ostry ból, a z moich ust trysnęła krew.

Catherine?

Od Joffrey'a Cd. Argony - Wyprawa

Rozejrzałem się po polu walki szukając kolejnego jeźdźca, który przekazałby wiadomość. Sam nie mogłem tego zrobić. Jeśli teraz bym opuścił to miejsce, żołnierze wroga zalali by naszych. W końcu udało mi się przekazać informację dalej. Od początku pojawienia się Argony, jej smok, Hikari zachowywał się nerwowo. Najwyraźniej brzydził się przemocą. Yukki natomiast czuł się w swoim żywiole. Gwałtownie skoczył w dół zamykając szczęki na głowie jakiegoś wroga. Zacisnął zęby z całej siły i zaczął trząść głową, machając swoją ofiarą. Dało się usłyszeć odgłos rozdzieranego mięsa i kruszonych kości. Hikari na ten widok cofnął się obrzydzony. Argona przemawiała cicho do swojego smoka, uspakajając go. W końcu Yukiteru wypuścił swoją "zabawkę" i spojrzał na mnie oczekując pochwały. Cały jego pysk ubrudzony był krwią, która skapywała na dół. Wyciągnąłem rękę i nie zważając na to dotknąłem jego łusek. Zmrużył oczy zadowolony.
~ Widziałeś jak go złapałem?~ w jego głosie czułem dumę i satysfakcję.
- Oby tak dalej, mój przyjacielu.- szepnąłem. Podniosłem wzrok na Argonę.
- Dlaczego nie zostawiłaś swojego smoka w Imperium? Albo chociaż z dala od bitwy?- zapytałem. - Oszczędziłabyś mu stresu. - stwierdziłem w momencie gdy Yukki łapał kolejnego żołnierza.

Argona? Wybacz długość.

Od Viserysa Cd. Catherine

Poczułem się jakby ktoś wbił nóż w moją klatkę piersiową. A potem go przekręcił. Powoli, dokładnie sprawiając mi olbrzymi ból. Zasłużyłem. Była zakochana? To naprawdę okrutne. Pochyliłem głowę zaciskając powieki. Ręką musiałem trzymać się framugi drzwi.
- Viserys...?- zapytała przestraszona. - Co jest?
- Nie spałem kilka dni....- głos łamał mi się przy każdym słowie. - Zmęczenie, i tyle...
- Nie prawda. - jej głos zabrzmiał dziwnie smutno. Przygryzłem wargę. Z całej siły. W ustach poczułem słony smak krwi.
- Co mam powiedzieć?- zapytałem cicho. - Zależy mi na tobie, nie chciałem cię "zaliczyć". Po tym co się stało, nie wierzysz mi prawda?- głos mi drżał. Podniosłem głowę i uśmiechnąłem się przymusowo. Musiało to wyglądać naprawdę żałośnie. Dziewczyna zamrugała zaskoczona.
- Wiesz, Cathy muszę ci podziękować. Nikomu nie mówiłem o mojej przeszłości. Naprawdę potrzebowałem się zwierzyć. - patrzyłem na nią smutnym wzrokiem. - Masz racje, nie mam serca. Porzuciłem siostrę, rozkochałem w sobie te dziewczyny. Brzydzisz się mną, nie możesz mi zaufać, co nie? Rozumiem to. - mówiłem. Catherine otworzyła szerzej oczy. Poczułem jak oczy zachodzą mi łzami. Tylko tego tu brakowało. Ominąłem ją szybko, zanim zdołała to dostrzec.
- Wyjeżdżam.- oznajmiłem nagle. - Do Dany...albo gdziekolwiek indziej. Tak chyba będzie lepiej.- dodałem patrząc przed siebie.
Catherine?

Od Joffrey'a Cd. Argony

Wziąłem segregator z nutami.
- Tak. - odparłem nawet na nią nie patrząc. - Mam smoka. Nazywa się Yukiteru.- powiedziałem.
- To ładne imię.
- Owszem. Hikari oznacza światło, prawda? - mruknąłem idąc do drzwi wyjściowych.
- Tak.- dziewczyna się uśmiechnęła. Dotrzymywała mi kroku, a ja nie specjalnie starałem się ją zgubić. Była naprawdę wyrozumiała. Nie zwracała uwagi na to jak się do niej odnosiłem i nie wypytywała o przeszłość. Kiedy śpiewała, wtedy przy pianinie czułem się jakby siedziała przy mnie nie Argona, tylko Alayne. Niepokoiła mnie to podobieństwo. Wyszliśmy na dwór. Chłodny wiatr zaczął szarpać nasze ubrania i włosy. Pod teatrem czekał już smok dziewczyny. Był duży, biały i budził respekt. Pochyliłem lekko głowę, okazując mu szacunek. Rozejrzałem się po niebie. Tak jak się spodziewałem zaraz zjawił się Yukiteru. Wylądował za mną i warknął na Argonę i jej smoka. Widziałem jak Hikari spina się gotów bronić dziewczyny.
- Spokojnie Yukki...- mruknąłem gładząc jego łuski.
~Kim ona jest?~ jego głos zadźwięczał w mojej głowie.
- Malarką. Jej prace wiszą w teatrze. - cały czas mówiłem miękkim uspakajającym głosem. Bardzo nie chciałem żeby mój smok wywołał jakąś walkę.
~ Czemu tak długo ci się zeszło...?~ zapytał. Wyczułem, że już jest spokojny.
- Grałem na pianinie, Argona się przyłączyła. Śpiewała. - powiedziałem.
~ Nie wierzę! Nie robiłeś czegoś takiego odkąd Alayne...~ był bardzo zaskoczony. Westchnąłem cicho i odwróciłem się z powrotem do Argony.
- Przepraszam za to. - mój głos nadal był chłodny i zdystansowany.

< Argona? >

piątek, 6 lutego 2015

Od Argony cd. Joffreya - Wyprawa

Od rana razem z Hikarim siedzieliśmy ukryci za sporych rozmiarów głazem i obserwowaliśmy poczynania i liczebność wroga. Nie było tak źle, jak się spodziewałam. Było tam może 10 tysięcy piechurów i 2 tysiące konnych. Nie mieli smoków. Ich przywódca dosiadał czarnego ogiera, przyodzianego w złotą zbroję, co znacząco odróżniało go od innych wojowników.
Gdy wrogie oddziały ruszyły do ataku on pozostał z tyłu. Tchórz! Czułam jak ręce drżą mi z oburzenia. Wysyła żołnierzy, a sam pozostaje z tyłu. Jakby to była ich, a nie jego wojna.
~ Chyba już nic tu po nas ~ stwierdził telepatycznie mój smok. ~ Oddziały wyruszyły. Powinnaś przekazać zdobyte informacje któremuś z jeźdźców i zająć się obserwowaniem przebiegu bitwy. ~
~ Wiem, co powinnam robić ~ odparłam ostro, wskakując na grzbiet Hikari'ego. ~ Lecimy!
Poczułam rozbawienie wielkiego wierzchowca, ale je zignorowałam. Miałam teraz ważniejsze sprawy na głowie. Lecieliśmy nad polem bitwy. Dookoła śmigały strzały. Całym wysiłkiem woli musiałam skupiać się na prowadzeniu smoka przez to piekło. Czułam ból podopiecznego, jego oczy z trudem znosiły widok krwi, a nozdrza jej zapach. Pierwotnie chciałam pozostawić go w domu i iść pieszo, jednak on stwierdził słusznie, że mogłabym się udusić lub odwodnić bez jego obecności.
W końcu dotarliśmy do naszych. Na jednym z walczących smoków dostrzegłam Joffrey'a i postanowiłam do niego podlecieć. Im bardziej się zbliżałam, tym więcej ciemności wyczuwałam wokół niego i jego smoka. Oni obaj potrzebują pomocy - stwierdziła moja podświadomość.
Na moim bezskrzydłym smoku z łatwością zawisłam nad znajomym mężczyzną.
- Wróg ma przewagę 2 tysięcy piechurów i 300 konnych, jednak nie posiadają smoków! - krzyknęłam do chłopaka. - Ich przywódca dosiada czarnego konia w złotej zbroi i trzyma się raczej tyłów. Jest chroniony przez kilku magów, jednak najwidoczniej nie posiada ich więcej. Jeśli by go zranić lub zabić na pewno żołnierze straciliby większość swojego zapału do walki!
(Joffrey?)

Od Argony cd. Joffreya

Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo rozległy się pierwsze nuty utworu. Od razu poczułam znajome osłabienie zmysłów i przejście w stan "zapadnięcia się" w siebie. Nie byłam w stanie teraz rozpoznać otaczającego mnie krajobrazu. Istniała tylko muzyka. Muzyka skoczna, ale melancholijna. Smutna. Gdy rozbrzmiała ostatnia nuta wstępu z moich ust popłynęły słowa delikatnym, melodyjnym, chłopięcym głosem.
Mówi się, że naśladowanie cudzego głosu jest trudne, jednak mi nigdy nie sprawiało większych problemów. W szczególności głos Lena.
Gdy rozbrzmiały ostatnie tony piosenki nastała nieprzenikniona cisza. Dopiero po chwili wróciła świadomość otaczającego mnie świata. Wróciły dźwięki ulicy, wrócił obraz pianina i grającego chłopaka.
Joffrey przez chwilę milczał. Delikatnie przesuwał palcami po klawiaturze instrumentu.
- Co powiesz na jeszcze jedną piosenkę? - zaproponował zamyślony.
- Nie miałabym nic przeciwko, ale obiecałam Hikari'emu, że spotkam się z nim po występie i udamy się na przejażdżkę. Już i tak jestem spóźniona.
- To twój chłopak? - zapytał brunet beznamiętnie, wstając z miejsca i delikatnie układając materiał na klawisze.
- Nie do końca, choć pewnie bardzo by chciał. - Uśmiechnęłam się lekko. - To mój smok.
- Rozumiem. - Chłopak skinął głową. - W takim razie idź.
- Myślę, że nie miałby nic przeciwko jeszcze jednemu pasażerowi - zasugerowałam delikatnie. - Latałeś kiedyś na smoku?
(Joffrey? xP wiem, że tak, ale dramatyzm xP)

czwartek, 5 lutego 2015

Od Celin - Wyprawa

Duszący zapach krwi mieszał się z zapachem potu. Na ziemi leżało już wielu martwych, lecz więcej osób stało na nogach. Przeciwnicy walczyli zacięcie, ale daleko im było do naszych umiejętności. Walcząc, kątem oka rozglądałam się po moich poddanych i prawdę mówiąc byłam dumna. Byli silni i wytrzymali jak mało kto i niestety większość nie nosiła uzbrojenia. Wolałam nie myśleć o tym, że prędzej czy później będę opatrywać rannych. Nawet nie przyszło mi do głowy, że mój brat będzie na granicy życia i śmierci...
***
Gdy tylko opatrywałam jakiś ważniejszy przypadek, to wracałam na pole bitwy. Blisko mnie walczyli jedynie Joffrey, Aaron i Elizabeth. Starałam się patrzeć na nich tak często jak się dało. Jednak jedna chwila mojej nieuwagi, prawie kosztowała czyjeś życie. W ostatniej chwili zauważyłam, jak koń Elizabeth upada, a ona sama zostaje ranna w brzuch. Z przerażającą jak na mnie siłą zabiłam dwóch przeciwników, którzy próbowali mnie zabić, po czym ruszyłam w stronę dziewczyny. Jak na złość ten sam wojownik rzucił się na Joffrey'a. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że możemy przegrać...
***
Bałam się, że nie przeżyją. Chciałam ich uratować, jednak oboje mieli niewielkie szanse. Ja jednak miałam nadzieję. Pamiętam, że ledwo udało mi się donieść ich do niewielkiego namiotu. Wtedy rozpoczęłam jedną z najbardziej przerażających i najtrudniejszych walk w moim życiu. Była to okrutna walka ze śmiercią. Myślę, że wygrałam tylko dzięki nadziei...


< Elizabeth lub Joffrey >

Wyprawa - pytanie dla członków

Uwaga pytanie dla was. Wolicie aby wyprawa trwała cały miesiąc czy może skrócić ją do dwóch tygodni, moim zdaniem ten miesiąc to jednak trochę za dużo, więc pytam was. Piszcie w komentarzach.
odiium

Od Catherine CD Viserysa

Spojrzałam na niego. Nie byłam już zła aby smutna. Gdy na niego patrzyłam nie czułam nic, nic oprócz żalu.
-Przepraszam - wymruczał pod nosem.
-Nie ma  za co - odpowiedziałam.
Chłopak dopiero teraz zorientował się na kogo wpadł. Zrobił zdziwioną minę.
-Cathy, to ty - powiedział żywo.
-Daruj sobie Vis, nie mam Ci niczego za złe...
Nie potrafiłam długo chować urazy, Vis był jaki był i nic na to nie mogę poradzić. Wiem tylko, że nie chcę być z kimś takim, nie potrafiłam go dłużej kochać. Nic do niego nie czułam.
-Nie jesteś zła? Wybaczasz mi? - Dziwił się.
-Vis, kim ja jestem żeby cię osądzać? - Zapytałam spokojnie.
Nadal twierdziłam, że powinien przeprosić tą dziewczynę.
-Z resztą, to nie ja powinnam Ci wybaczać... - dodałam po chwili.
-Cathy ja do niej nic nie czuję... - Zaczął.
-To jej to wytłumacz, ona cierpi bardziej niż ja. Wydawało mi się, że byłam w Tobie zakochana Vis... Ale nie potrafię Ci ufać. Przepraszam. - Odparłam odwracając się.
Nie potrafiłam patrzeć mu w oczy. Bałam się krzywdzić ludzi, chociaż sama tyle razy doznałam tego bólu. Tyle razy byłam już odtrącana, ale to mnie niczego nie nauczyło... Dziwne uczucie... Czułam się źle mówiąc prawdę, jeszcze nigdy tak się nie czułam. Zwykle to kłamstwa nie przechodziły mi przez gardło.
Vis milczał, widziałam na jego twarzy smutek, tylko dlaczego?

Vis?

Od Larinae

Obudził mnie monotonny odgłos deszczu rytmicznie uderzającego o podłoże. Wiedziałam, że nie zasnę ponownie. Westchnęłam.
(Dzień dobry, kochany.) - telepatycznie przywitałam Cerrana. Odkąd pamiętam, zwracałam się do niego w ten sposób, kiedy tylko otworzyłam oczy. Musiałam mieć pewność, że jest bezpieczny.
(Dzień dobry. Wstałaś bardzo wcześnie, wiesz? Coś się stało? To do ciebie niepodobne.) - usłyszałam w odpowiedzi.
(Nie, nic, tylko...)
(Tylko co?)
(Te dziwne sny. Nie dają mi spokoju od kilku nocy. Nie potrafię ich rozszyfrować.)
(Nie bój się, moja mała. To tylko sny.)
(Chciałabym tak myśleć... A gdzie ty właściwie jesteś?)
(Na polowaniu. Jak zwykle.)
(Spotkamy się dzisiaj, prawda?) - spytałam z nadzieją.
(Tak, ale najpierw obrazy.)
Spojrzałam na płótna ułożone w przeciwległym końcu małego pokoiku. Cerran twierdził, że powinnam zanieść je do Jonathana - kupca, który sprzedawał je w dosyć popularnym sklepie. Uważał moje dzieła za wyjątkowo piękne i intrygujące. Ja jednak nie podzielałam jego zdania. Nie namalowałam tych obrazów w tym celu i nie chciałam, żeby ktokolwiek oglądał te sceny. Wydawały mi się zbyt osobiste, były ściśle powiązane z moją przeszłością. Mimo to postanowiłam zabrać płótna i dostarczyć je Jonathanowi właśnie wtedy, nad ranem, gdy jeszcze nikt do sklepu nie przychodził. Bez żadnych podpisów. W ten sposób nikt się nie dowie, kto jest autorką, a ja w zamian dostanę trochę pieniędzy. Tak będzie dla wszystkich najlepiej.
(No dobrze, niech ci będzie. Pójdę.) - odpowiedziałam po chwili zastanowienia.
(Trzymaj się.)
(Do zobaczenia.)
Niechętnie opuściłam ciepłe łóżko. Zajrzałam przez niewielkie okienko, rejestrując wszystkie szczegóły. Zobaczyłam brukowaną uliczkę, kilka szarawych budynków i samotne drzewo pozbawione liści. Po uliczce przechadzał się człowiek wsparty na lasce. Zgarbiony. Najprawdopodobniej stary. Było jasno, ale ciężkie, deszczowe chmury i tak miały szarawy odcień.
Zrobiłam względny porządek z włosami sterczącymi na wszystkie strony świata, założyłam dość krótką, granatową sukienkę odsłaniającą ramiona i wsunęłam wysokie buty. Narzuciłam na siebie ciemną pelerynę, schowałam twarz pod obszernym kapturem. Podniosłam obrazy. Na szczęście nie były duże. Wdrapałam się na parapet, otworzyłam okno i miękko wyskoczyłam z mieszkania. Natychmiast pochłonęło mnie przenikliwe zimno. Przyspieszyłam. Po kilku minutach szybkiego marszu dotarłam do swojej ulubionej kawiarni, do której postanowiłam po drodze wstąpić. Kiedy chciałam otworzyć drzwi, poczułam gwałtowne uderzenie. Ktoś po drugiej stronie zrobił to ułamek sekundy przede mną. Zachwiałam się i upadłam, a płótna wypadły mi z rąk, niestety tak, że nieznajomy mógł zobaczyć obrazy,

< Ktosiu? ^w^ >

środa, 4 lutego 2015

Od Joffrey'a - Wyprawa

Siedziałem na Yukiteru w cieniu wysokich gór. Wokół mnie znajdowali się inni jeźdźcy, a pod nami kawaleria i piechota. Prawie każdy miał inną broń, sztylety, miecze, topory... Sam narzuciłem na siebie lekką,acz twardą zbroje. Do boku miałem przepasaną szablę. W prawej dłoni trzymałem pokaźnej wielkości berdysz z hartowanej stali. Lewa zaś dzierżyła łańcuch z hakiem. Yukki wbił wzrok w horyzont i warknął.
- Nadchodzą! - krzyknął ktoś. Wszyscy runęli do walki. Yukiteru załopotał skrzydłami i wzbił się w niebo. Czułem jego żądze krwi. Pochyliłem się lekko.
- Powoli i bez szaleństw. Najpierw się rozeznajmy. - powiedziałem. Wydał z siebie rozczarowany pomruk. Runęliśmy w dół na wrogów. Piechurzy obu stron zwarli się już w walce. Słychać było wrzaski ginących ludzi i jęki rannych.  Yukki rozwarł paszcze wyrzucając z siebie strumień ognia. Minęło dużo czasu zanim to opanował. W końcu nie był smokiem ognia. Usłyszałem krzyk palonych wojowników.
- Uważaj na naszych! - wrzasnąłem. Smok zaryczał tryumfalnie patrząc na poległych przeciwników. Chwile potem dołączyły się inne smoki. Potężny ryk podgrzał nadzieje i szał naszych. Skierowałem smoka w głąb wojsk wroga.
- Spróbujmy zmniejszyć ich liczbę. - zawołałem. Smok wyrównał lot. Sekundę potem ziemia osunęła się spod nóg żołnierzy, którzy wpadli do czarnej dziury. Ziemia zamknęła się tak szbko jak się otworzyła. Wylądowaliśmy wśród naszych żołnierzy którzy nie dawali sobie rady. Zakręciłem łańcuchem wbijając hak w najbliższego przeciwnika. Drugą ręką ciąłem buzdyganem. Yukki gryzł, szarpał, drapał i palił wrogów. Szybko się uwinęliśmy z problemem i znów skoczyliśmy w powietrze. Zauważyłem nadlatującego zwiadowcę. To była Argona.

Argona?

Od Scarlett CD Arsena - Wyprawa

Zapach wylewanej krwi, która powoli wsiąka w te ziemię, dźwięk obijającego się o siebie orężu, ostatnie oddechy, świadomość braku odwrotu, chęć zabijania to wszystko, a może jeszcze wpadłabym w amok, ale nie księciunio stał się obiektem, który mnie dekoncentrował, nie wiem co ja sobie myślałam, chyba miałam nadzieję, że będę bardziej obojętna na jego osobę. Coś mi nie idzie.
Starałam się zająć tym do czego zostałam trenowana, do zabicia. Nie stracę tych wszystkich lat na to aby ktoś pozbawił mnie w tym momencie życia. Zręcznie obijałam każde pchnięcia nożem, mieczem i wszelakie inne uderzenia, ale nie jestem maszyną mam kilka draśnięć na koncie. Nawet się nie zorientowałam, że byłam cała we krwi. Czułam się tak jakbym właśnie wyszła z Mordoru.
W pewnym momencie złamałam swoje postanowienie i spojrzałam na księciunia. Kiedy nasze wzroki się skrzyżowały stanęłam, jak wryta. Jeden z naszych uratował mnie przed ostrzem, księciunio nie miał tyle szczęścia. Poczułam, jak ogień płonący nienawiścią gaśnie w oczach, a na jego miejsce wkracza strach.
Na moich oczach Arsen został przeszyty nożem. Wszystko wokół mnie było jakby odrębne, jak nigdy. Jak zawsze byłam puzzlem z tej układanki tak teraz wszystko wokoło przebiegało szybciej. Nogi się pode mną zapadały, byłam pewna, że za moment padnę na kolana, ale widok Arsena na łożu śmierci kazał nie tracić mi czasu.
Mocno zacisnęłam palce na sztylecie, podbiegłam w stronę tego, który z perfidnym uśmiechem chciał mierzyć w niego ponownie. Wbiłam sztylet w jego ciało bijące ciepłem, dokładniej włożyłam mu nóż plecy. Czułam jak jego ciału braknie sił aby stać na nogach. Kilka razy obróciłam sztylet w jego ciele, mogłabym jeszcze patrzeć jak dławi się własną krwią, ale nie było już na to czasu.
Przykucnęłam przy księciuniu, nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy.
-Nie chcę ci wciskać kitu, dlatego powiem prawdę. Będzie dobrze, nie może być inaczej- wyszeptałam chwytając go za dłoń, lekko ściskając. Desperacko zmierzyłam naszych wzrokiem.
- Josh!- krzyknęłam do mężczyzny
-Znasz moje imię- odparł z uśmieszkiem, przebijając przeciwnika długim dwuręcznym mieczem.
-Musimy go stąd zabrać.- starałam się być spokojna
-On umiera.- stwierdził
-Jeszcze raz powiesz coś takiego, a ja ze stuprocentową pewnością będę mogła powiedzieć: "Josh nie żyje" A wiesz skąd będę miała tą pewność? Bo kilka razy przebiję twoją pierś.
Bez słowa pomógł mi zanieść księcia do namiotu medyków, który był w pewnej odległości od tego bajzlu.
Nie wiem, czy tam nie panował większy chaos niż na polu bitwy. Ilekroć prosiłam o pomoc zostałam zignorowana, miałam dosyć. Byłam nawet zdolna zabić jednego z medyków aby zwrócić na siebie uwagę, ale czyjeś życie uratowała własnie księżniczka.
-Celin- szepnęłam pod nosem, kiedy pojawiła się w polu mojego widzenia.- Słuchaj, jest sprawa, twój brat jest ciężko ranny, potrzebuję twojej pomocy- ledwo co słowa przeszły mi przez gardło, dziewczyna stała chwile w milczeniu niedowierzająco.
Po chwili medycy biegali obok nieprzytomnego Arsena.
-Musisz wyjść- usłyszałam
-Ty musisz go ratować. Są lepsze rzeczy do roboty niż nieudolne próby pozbycie się mnie z pomieszczenia.
Każda sekunda zbliża go do śmierci.- odprawiłam jedną z pielęgniarek.
Po chwili i tak nasza rozmowa nie miała sensu iż praktycznie przed nosem została zaciągnięta kotara, przez którą straciłam kontakt wzrokowy z księciem.
Moją głowę nawiedzały różne myśli. Próbowałam nie dać nimi nad sobą zawładnąć. Lecz moment kiedy miecz przeszywał Arsena pierś przez kilka najbliższych nocy nie da mi spać. Przesiadywałam dosyć długo z twarzą schowaną w rękach czekając jak ten czas pod znakiem zapytania w końcu minie.
-Scarlett?- usłyszałam, po czym prędko uniosłam wzrok
-Żyję?- spojrzałam dziewczynie w oczy, a ona przytaknęła uśmiechając się.
-Było ciężko, ale stan jest stabilny.
Po czułam jakby jakiś ogromny kamień zniknął z obrębu mojej klatki piersiowej, wzięłam głęboki oddech.
-Gdzie on jest?- zapytałam cicho
-Najpierw może lepiej się umyj- zaśmiała się. Mnie wcale to nie śmieszyło jedyne czego chciałam to ujrzeć księciunia z sercem na miejscu, ale zrobiłam tak jak prosiła.
Już nienawidzę tego uczucia. Patrze na księcia, który tak niedawno mógł umrzeć. Ostrożnie usiadłam obok niego. Czułam jego specyficzny zapach zmieszany z jego krwią. Kiedy spojrzałam na jego unoszącą się klatkę piersiową i jak spokojnie śpi, uśmiech sam wprosił mi się na twarz.

(Arsen?)

Nowa członkini



Witamy gorąco nową członkinię Larinae i jej smoka Cerrana !

Od Viserysa Cd. Catherine

Miała racje. Czułem się okropnie, jak bezwartościowy śmieć. Popatrzyłem jak Cathy szybko odchodzi. Chciałem za nią biec, tłumaczyć, prosić...Wiedziałem że to tylko by ją bardziej rozgniewało. Zaufała mi, a ja to zmarnowałem. Odwróciłem się i skierowałem swoje kroki do domu. Szumiało mi w głowie, byłem osowiały. Nawet nie pamiętam jak dotarłem na miejsce. Zamknąłem się na cztery spusty i zakopałem pod kocem.
Siedziałem tak 3 dni. Nie wychodziłem na dwór, nie mając na nic siły. Przed oczami miałem cały czas Cathy. Nie chciałem żeby tak się stało. Naprawdę mi na niej zależało. Czwartego dnia przyszła do mnie Netflix.
~Wyjdziesz w końcu...?~ usłyszałem jej głos. Stała przy oknie zaglądając do środka.
~ Nie...!~ odpowiadałem telepatycznie, nie chciało mi się odzywać.
~ Musisz jakoś funkcjonować! Powinieneś wyjść do ludzi!~ zaczęła się denerwować. Powoli wygrzebałem się z koca. Moja twarz była blada, oczy miałem podkrążone, a włosy w nieładzie. Koszulka była za luźna, a spodnie za długie.
~ Może się przebierzesz...?~ jej rada była dobra. Szybko nałożyłem na siebie jakieś normalne ciuchy i podeszłem do drzwi. Otworzyłem je i wyszedłem na dwór. Światło dnia oślepiło mnie na chwilę. Podszedłem do smoczycy.
- Wyszedłem, zadowolona? - mój głos był lekko zachrypnięty. Jeśli już miałem iść do ludzi, mój wybór padł na karczmę. Tą w której byłem kiedyś z Cathy. Oberżysta nic nie powiedział, widząc stan w którym się znalazłem. Rzuciłem mu złotą monetę i usiadłem w kącie sali. Po chwili przyniesiono mi wino. Wypiłem jeden kieliszek i skierowałem się do wyjścia. Wychodząc zderzyłem się z kimś w przejściu.
- Przepraszam. - mruknąłem i podniosłem podkrążone oczy na...Cathy.

Catherine?

wtorek, 3 lutego 2015

Od Catherine CD Viserysa

-Vis, ty nie masz serca… Nie pozwolę żebyś zrobił ze mną to samo co z nią… Najpierw mnie w sobie rozkochasz, a później co? Znajdziesz inną i zostawisz? Myślisz, że z tą dziewczyną jest coś nie tak? Nie! To z tobą jest coś nie tak. Jakbyś ty się poczuł gdyby dziewczyna, która kochasz co tydzień zmieniała chłopaków? Pamiętasz w ogóle jak ona miała na imię? – Warknęłam
Była oburzona jego zachowaniem. Jak jej nie kochał to po co zaciągał ją do łóżka? Nie wiedział jak to się skończy? Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę domu. Miałam go dość, był jeszcze większym egoistom niż Aaron. Ten drugi ranił głównie siebie a Vis? Ile dziewczyn skończyło już tak jak tamta? Ile ich jeszcze będzie?
Byłam wściekłą i smutna jednocześnie. Byłam zła, że chciał mnie potraktować tak ja ją, ale smutna bo chyba mu się to udało… Teraz gdy już rozwiałam swoje uczucia do niego zrozumiałam, że byłam w nim zakochana.
W domu położyłam się na łóżku i nie myślałam nad niczym. Nie powstrzymywałam łez, szlochałam jak dziecko. Sama nawet nie wiem kiedy zaczęłam nucić. Zawsze ta kołysanka mnie uspokajała, nie wiem dlaczego. Nie pamiętam nawet skąd ją znałam, bo nie przypominam sobie aby śpiewali mi ją rodzice.

W tamtym momencie to jednak nie było ważne, bo znowu poczułam w sercu pustkę. Znowu czułam się sama i ten świat, który wokół siebie tak długo budowałam w jednej chwili legł w gruzach. Chciałam być samodzielna, aby nikt mnie już nie zranił swoim odejściem. Chciałam być sama. Nie potrafiłam jednak i teraz mam za swoje. Doczekałam się. Znowu straciłam Wierę w ludzi, teraz kiedy już zaczęłam myśleć, że nie wszyscy są tacy sami… Myliłam się.


Vis? 

Od Celin - misja 2

Słoneczny dzień wydawał mi się idealny na przechadzkę. Gdy akurat wychodziłam, zauważyłam Viserysa. Przez kilkanaście minut pogrążeni byliśmy w rozmowie o wszystkim i o niczym, gdy nagle zauważyłam coś dziwnego, a zarazem przerażającego. Niecałą przecznicę dalej stało dwóch mężczyzn i rozmawiało. Nie były to jednak przyjazne pogaduszki, gdyż nagle jeden wyciągnął nóż i zaczął grozić temu drugiemu. Czułam się odpowiedzialna, dlatego coraz trudniej było mi skupić się na rozmowie.
- Stało się coś ?- spytał chłopak.
- Ni... Nie - wyjąkałam zdenerwowana
Nagle zauważyłam, że zakapturzeni mężczyźni zaczynają uciekać. W przypływie adrenaliny podjęłam natychmiastowo decyzję.
- Wiesz, jednak tak. - powiedziałam i ruszyłam w stronę przestępstwa
- Księżniczko !
- Przepraszam !
Odwróciłam się tylko raz, po czym z pełną szybkością zaczęłam gonić mężczyzn. Byli szybcy, a na dodatek skakali po murach i ścianach. W pewnej chwili zwolniłam tempa. Byłam pewna, że gdy tylko zniknę z ich pola widzenia, to akcja rozwinie się. Nie myliłam się wtedy... Po jakichś 10 minutach dotarłam na obrzeża królestwa, a to co tam zobaczyłam zmroziło mi krew w żyłach. wyższy z mężczyzn stał z nożem i ranił tego drugiego. Ukryłam się w cieniu drzewa i z szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w ostrze noża zagłębiające się w ciele mężczyzny. W końcu "potwór" rzucił nóż i gdzieś uciekł. Bez wahania podeszłam do nieprzytomnego człowieka. Schyliłam się by zmierzyć jego puls. Był słaby. Za słaby. Ze wszelkich sił starałam się go ratować, lecz... było zbyt późno. Ze łzami w oczach przeniosłam jego ciało poza granicę miasta, i położyłam do wielkiego dołu. Jego ceremonia była krótka - nikt go tu nie znał. Na świeżo skopanej ziemi położyłam tylko charakterystyczny kamień i... oddaliłam się. Byłam zła na siebie, że nie potrafiłam gonić zabójcy. Cóż, może dlatego, że był taki przystojny ? ...

Od Arsena - Wprawa

Wszyscy czekali na swoich stanowiskach, czekaliśmy na nadejście wroga. Choć lato się kończyło to panował potworny upał.
Piechurzy usiedli na pagórku i czekali podczas gdy łucznicy i smoczy jeźdźcy chowali się cieniu. Siedziałem obok Scarlett i ukradkiem patrzyłem jak bawi się swoimi sztyletami. Swoją drogą dziwnie patrzyło się na oddział piechurów kiedy każdy walczył inną bronią. Jedni dzierżyli w rękach halabardy, inni, tak jak ja, miecze różnych rodzajów a jeszcze inni, podobnie jak Scarlett, sztylety. Przyglądałem się im z swego rodzaju zachwytem. Cieszyło mnie, że udało nam się zwołać taką armię... Byłem dumny ze swoich ludzi, taki dumny...
-Nadchodzą! - rozległ się krzyk.
Nad naszymi głowami szybowali zwiadowcy. Wypatrywali oni swojego generała, aby ten przekazał im moje rozkazy. Zwiadowcy mieli niezauważenie ominąć wroga i wypatrywać ewentualnego wsparcia wroga.
Na ten krzyk wszyscy się zerwali i zajęli pozycje. Zaczęło się. Scarlett stojąca po mojej prawej stronie uśmiechnęła się chytrze. Była w sowim żywiole. Żywiole walki. Wroga było już widać na horyzoncie, łucznicy zaczęli swój ostrzał.
Miny wrogów były bezcenne. Zdziwienie mieszające się ze strachem... Nagle wezbrała we mnie wola walki. Chciałem ruszyć do przodu i zatracić się w walce. Tak dawno nie byłem na żadnej wojnie... Chwyciłem swój miecz i poczułem się jakbym nigdy nie wypuszczał go z dłoni. Doskonale znałem ten kształt, znałem jego ciężar... on był jak doskonałe przedłużenie mojej ręki... Ostry jak brzytwa i ciężki... Wtedy generał wydał rozkaz aby ruszyć do ataku i zrozumiałem, że nie tylko ja czuję jak w żyłach zamiast krwi płynie mi adrenalina. Wszyscy rzucili się do przodu. Rozpoczęło się widowisko. Piechurzy zaczęli swój "taniec" pośród wroga. Ostrza cięły bezlitośnie. Pierwsi ludzie padali, pierwsi zostawali ranni. Zaczęła się eskorta rannych, zwłokami zajmie się później.
Ja jednak nie mogłem w 100% oddać się walce. Nie mogłem przestać martwić się o Scarlett, kątem oka zawsze ją obserwowałem, choć wolałbym jej nie widzieć. W jej oczach widać było tylko furię, zupełnie jakby była jakimś drapieżnym zwierzęciem a nie człowiekiem. O niepokój przyprawiało mnie to, że dziewczyna walczyła bez zbroi, nie żeby była w tym jedyna, bo wiele osób zrezygnowało z uzbrojenia na rzecz szybkości i swobody ruchów ( w tym też ja), ale wiele z tych osób leżało już martwych.
Dziewczyna była do siebie niepodobna. Jej srebrne włosy przybrały bordową, niemal czarną, od krwi barwę. Skórę miała mokrą od potu i krwi wyglądała jak bogini zemsty... Przerażająca i piękna zarazem.
Za wszelką cenę starałem się nie skupiać na niej, bo cierpiała na tym moja koncentracja. W tamtym nieszczęsnym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Wtedy poczułem jak bój przeszywa moją klatkę piersiową, jak ciepła mazista ciecz spływa po skórze. Nagle zrobiło się jakoś ciemniej. Pamiętam tylko jej przerażone oczy, i ten widok bolał mnie bardziej niż rana, chciałem jej pomóc, uspokoić... Zlikwidować źródło strachu, ale byłem taki słaby...

Scarlett??

LUDZIKI BIERZEMY SIĘ DO PISANIA OPOWIADAŃ NA WYPRAWĘ, BO GŁÓWNĄ NAGRODĘ ZGARNIE WAM SPRZED NOSA ADMINKA!

Nowy członek !

Mamy zaszczyt powitać nowego ( a przy tym najstarszego ^^) członka, a mianowicie Varys'a i jego smoczycę Death !

Od Aarona CD Catherine

- Oboje nie jesteśmy normalni. Nie zauważyłeś tego ?! - jej krzyk rozniósł się po całym pokoju- Nie - burknąłem oschle
- Ugh !
- Ja mam przynajmniej jakieś powody. A ty ? Jesteś po prostu głupią dziewczyną, która czuje ból innych i to wyolbrzymia. Co ty wiesz o życiu ? Jesteś nikim. - prychnąłem
- Tak samo jak ty. I wiedz, że wiem więcej o życiu niż taki nadęty bufon. - odparła
- Świetnie !
- Świetnie !
- Świetnie. - zakończyłem i wyrzuciłem ją na zewnątrz.
Usłyszałem z zewnątrz jej wściekły krzyk. Zadowolony uśmiechnąłem się pod nosem i rzuciłem na łóżko. W pewnej chwili nagle coś do mnie dotarło. Ona na to nie zasługiwała. Nie miałem prawa jej obrażać. Ani teraz, ani wcześniej. Nagle zapragnąłem ją przeprosić, ale na to też nie miałem prawa. Cath była wspaniałą dziewczyną, a kim byłem ja w porównaniu do niej ? Byłem tylko zimnym egoistą, który mścił się na każdej napotkanej osobie. Ona była inna. Dlatego ja... musiałem się usunąć z jej życia.
- Nie odezwę się do niej nigdy słowem - szepnąłem - Przysięgam - dodałem tym razem głośniej
Jeszcze chwile przewracałem się na łóżku, po czym zasnąłem.
Nie wiedziałem wtedy, że na nic się zdadzą moje przysięgi. Ktoś z góry miał dla nas zupełnie inny plan...


Cath ?

poniedziałek, 2 lutego 2015

Wyprawa rozpoczęta !

Myślę, że Dusia wszystko pięknie objaśniła, ale jeśli ktoś nie doczytał, to zapraszam tu i tu.
Wydaje mi się, że wszystko jest jasne, ale jeśli macie jakiekolwiek pytania, to piszcie w komentarzach pod tym postem.
Zachęcam wszystkich, do czynnego udziału w wyprawie, i do podsyłania nam pomysłów.
Najprawdopodobniej wyprawa będzie trwałą miesiąc, tzn do 2 marca włącznie.

A więc ogłaszam wszem i wobec, że właśnie w tej chwili (18:19) zaczynamy naszą I Wyprawę !


Pozdrawiam
Paper Rose

niedziela, 1 lutego 2015

Stanowiska na Wyprawie!

Arsen Ceebris - Strateg oraz jeden z piechurów
Aaron Westfall - Kawalerzysta
Viserys Targaryen - Smoczy jeździec/łucznik (wiem, że pisałaś aby był smoczym jeźdźcem, ale wydaje mi się, że pasuje do niego łucznik, więc daj mi znać jeszcze co wolisz, ok?)
Jaffrey Baratheon - Smoczy jeździec

Celin Ceebris - Główny medyk
Scarlett Asgard - Piechur
Catherine Foy - Medyk
Tassaya Snow - Smoczy jeździec
Argona Ryuketsu - Zwiadowca
Calla Tor - Łucznik
Elizabeth Werdert - Kawalerzystka
Jeśli ktoś jeszcze chciałby dołączyć do wyprawy a zapomniał aby potwierdzić udział z poprzednim poście, to można zapisać się do poniedziałku włącznie. Piszcie w komentarzach pod TYM postem.

Gdyby ktoś miał jakieś zastrzeżenia co do swojego stanowiska proszę pisać w komentarzach.

Wyprawa rusza w poniedziałek po godzinie 18;00. Niestety nie dodam o tym posta w tej godzinie, ponieważ nie mam wtedy czasu, więc albo zrobi to Paper, albo ja w późniejszym czasie.

Pamiętajcie, że opowiadania dotyczące wyprawy mogą być skierowane do innego członka bloga tak aby ten je dokończył, ale po tym jak wyprawa się już skończy opowiadania te nie mogą już zostać dokończone.
Proszę też przy wysyłaniu tych opowiadań uwzględnić w temacie wiadomości, że jest to opowiadanie do wyprawy oraz to jak nazywa się Twoja postać, np;
Od Catherine - Wyprawa,
lub
Od Catherine CD Arsena - Wyprawa
Posty te będą oznaczone specjalną etykietą, aby łatwo je później znaleźć.
Każde wysłane opowiadanie bez wzmianki o tym, że dotyczy wyprawy nie będzie brało udziału w wydarzeniu, więc uważajcie!

Podczas wyprawy mile widziane też będą normalne opowiadania, które nie będą brane pod uwagę przy ogłoszeniu wyników.
Pozdrawiam,
odiium

Od Joffrey'a Cd. Argony

Po chwili spojrzałem znowu na dziewczynę.
- Twoje obrazy nie są złe. W porównaniu do tego co wisiało tu wcześniej, są arcydziełami. - powiedziałem nawet nie siląc się na przyjemny ton. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się na pochwałę.Staliśmy chwilę nieruchomo. Powoli odwróciłem się z powrotem do środka teatru.-Chodź, przekonamy się czy zaśpiewasz do tej melodii. - mruknąłem. Lekko zaskoczona zrównała się ze mną. Usiadłem do pianina. Faktycznie, Argona zaśpiewała czysto i bezbłędnie mimo zmienionej melodii. Dotknęła ręką grubego segregatora wypełnionego nutami. Większość utworów znałem na pamięć.
- Mogę? - zapytała cicho. Skinąłem głową. Przekartkowała mój zbiór. - Sam je pisałeś?- w jej głosie słychać było podziw.
- Część jest przepisana, większość zmieniona. Tak jak Kuusou Mesorogiwi, Yousei Teikoku, sam zmodyfikowałem melodię. - powiedziałem. W duchu cieszyłem się, że mogłem kimś porozmawiać o muzyce. Od śmierci Alayne nie miałem okazji na taką rozmowę.
- Znasz piosenkę Servant of Evil?- zapytałem nagle. Kiwnęła głową lekko zdziwiona.
- To bardzo smutna historia, prawda? - odparła. Musnąłem palcami klawiaturę.
- Owszem. O biednym bliźniaku który ratuję swoją siostrę. - mój głos mimo wszystko wyzuty był z emocji. Przysiadła się do mnie podając nuty.
- Znam na pamięć.- mruknąłem odkładając segregator.
- Lubisz tę piosenkę?
- Może być...Jest w niej pokazane to jacy ludzie są naprawdę. - powiedziałem.
- Chodzi ci o zlecenia morderstw przez ową księżniczkę? - zapytała z uśmiechem.
- Nie. - odpowiedziałem głucho. - Chodzi mi o tłum, żądający śmierci czternastolatki. - dodałem. Argona zamrugała zaskoczona. Zacząłem grać, nie dając jej czasu na formułowanie kolejnych pytań.

(przepraszam, że nie wstawiłam filmu, ale nie mogę go znaleźć przy wstawianiu.)

Argona?

Od Joffrey'a Cd. Celin

Spojrzałem na dziewczynę z lekka obojętnie.
- Gram prawie codziennie. Najczęściej o 11:30 i 16:00. - odpowiedziałem. Kiwnęła głową zadowolona odpowiedzią.
- Zamierzam pojawić się na twoich występach.- powiedziała.
- To będzie dla mnie wielki zaszczyt. Nie codziennie zdarza się, że członkini rodziny królewskiej zwraca uwagę na takiego grajka. - sarknąłem. Celin zagryzła wargę.
- Przesadzasz.- mruknęła.
- Ależ skąd! - mój głos nadal był zimny jednak utrzymywałem należyty poziom kultury. Bądź co bądź to księżniczka. Wydawała się zakłopotana.
- Mieszkasz daleko od Teatru?
- Tuż za rogiem, przy niewielkiej karczmie. - odparłem. - Wprowadziłem się niedawno. - dodałem. Rozmowa nie trwała zbyt długo. Kiedy dziewczyna miała już odejść rzuciłem tylko:
- Gram od 15 lat, księżniczko.
* * *
Widziałem ją kilka razy na publice podczas moich występów. Zawsze siadała w jednym z pierwszych rzędów. Szef Teatru cieszył się, ponieważ obecność księżniczki na koncertach dodawała temu miejscu prestiżu i reklamy.

Celin? Wybacz tę piorunującą długość ;-;

Od Viserysa Cd. Catherine

Następnego dnia nie mogłem spotkać Cathy. Co jakiś czas migała mi między ludźmi, ale nie mogłem do niej podejść. Miałem wrażenie, że robi to celowo. Dopadłem ją na targu.
- Unikasz mnie...!- powiedziałem stając za nią. Podskoczyła i gwałtownie się do mnie odwróciła.
- Wcale nie! - mruknęła unikając mojego spojrzenia.
- Powiedz, co się stało...?- nacisnąłem na nią. Naprawdę nie czułem się z tym dobrze. Wczoraj była taka spokojna, miła bałem się, że w jakiś sposób ją uraziłem.
- Spotkałam jedną z twoich panienek...!- zawołała. W jej głosie wyczułem rozczarowanie. Pewnie miała mnie za zboczeńca.
- Ja...nie...słuchaj....przepraszam. Nic ci nie zrobiła...?- zapytałem z przerażeniem w głosie.
- Viserys!- usłyszałem cienki głosik i zanim się zorientowałem na szyję rzuciła mi się szczupła brunetka.
- Złaź ze mnie! - krzyknąłem zaskoczony. Widziałem jak Cathy mruży oczy sfrustrowana.
- Co się stało...?- dziewczyna przechyliła głowę i spojrzała na mnie pytająco. Chwilę potem jej spojrzenie padło na Cathy.
- To przez nią prawda?!- syknęła. W jednej sekundzie skoczyła na nieszczęsną Catherine. Nie dosięgnęła jej jednak, zanim się do niej stanąłem między nimi, odsuwając brunetkę.
- Nie waż się na nią podnieść ręki.- mój głos zabrzmiał zimno i stanowczo.
- Bronisz jej?!- na te słowa pochyliłem się w jej stronę.
- Tak, i wiem że na nią napadłaś. Nie zamierzam utrzymywać kontaktu z taką furiatką.- wycedziłem patrząc w jej oczy. Rozpłakała się i uciekła. Czułem się podle, tej dziewczynie naprawdę na mnie zależało...
- Co ty zrobiłeś?- wymamrotała zaskoczona Cathy. Odwróciłem się do niej.
- Jeśli będzie cię ktoś niepokoił, to....
- Jak mogłeś być taki okrutny! Ona jest w tobie zakochana! - naprawdę ją rozgniewałem.
- Wiem, ale ona przecież...
- I co z tego?! Zawsze tak bawisz się uczuciami innych?!- krzyczała. - Pewnie chcesz mnie tylko zaciągnąć do łóżka! - kontynuowała.
- Cathy...
- Nie mów do mnie Cathy! - cała aż drżała ze złości.
- Przepraszam! Popełniłem wiele błędów, których żałuję. Wiesz, ja wcale nie chcę cię tylko zaliczyć. Uważam cię za moją przyjaciółkę. - mówiłem ze spuszczoną głową. Dziewczyna zamrugała zdziwiona. - Rozumiem jak to wygląda z boku...Naprawdę mi przykro. Jeśli chcesz, mogę po prostu zniknąć. Nie będę już za tobą biegał, będziesz miała święty spokój. Powiedz tylko słowo, a odejdę.- nadal nie podnosiłem wzroku. Głos mi się łamał prawie przy każdym słowie. Nigdy się nie czułem tak beznadziejny i dwulicowy.

Catherine?

Od Argony cd Joffrey

Ruszyłam za chłopakiem. Przyciągała mnie do niego jego mroczna, smutna aura. Gdy pierwszy raz spotkałam Hikari był taki sam. Przez mrok wokół Joffrey'a nie przebijało się światło ludzkich słów, uśmiechów. Jego serce krwawiło, tylko z sobie znanej przyczyny. A jednak powłoka z lodu zakrywała wszystko. Żal mi go było i bardzo chciałam mu pomóc. Nie mogę przechodzić bezczynnie koło cierpienia, odwracać twarzy.
- Masz ciekawy repertuar - zaczęłam - choć nie poznałam utworu, który zagrałeś. Co to było?
- Kuusou Mesorogiwi, Yousei Teikoku - odparł zwięźle
Wyszliśmy na zewnątrz budynku. Nasze twarze owiał zimny wiatr. Zrównałam się z chłopakiem, który przystanął przed wyjściem. Jego oczy były zimne i nie patrzyły na mnie. Nasze włosy zostały rozwiane przez zimny wiatr.
- Znam się nieco na muzyce i imię Kuusou obiło mi się o uszy, jednak nigdy nie słyszałam takiego wykonania jego piosenki... ale myślę, że umiałabym to zaśpiewać do twojej melodii.
- Więc nie tylko malujesz? - spytał, nadal nie spoglądając w moim kierunku
- Nie, nie tylko. Z malarstwa trudno się utrzymać. - Uśmiechnęłam się lekko, tylko na kilka chwil. - Zresztą trudno sprzedać pojedyncze obrazy, malowane na bieżąco w pierwszej lepszej wiosce, a z czegoś musiałam się utrzymywać.

(Joffrey?)

sobota, 31 stycznia 2015

Od Scarlett CD Arsena

Jeszcze czułam pieczęć jego ust na moich. Nie potrafiłam uspokoić serca, miałam wrażenie, że za chwile przebije mi się przez żebra. Byłam kompletnie zdezorientowana. To dziwne uczucie, które wprosiło się do mojego wnętrza, to dziwne uczucie, które napawało mnie intrygą, pragnieniem by ta chwila nie była tylko chwilą, ale dlaczego wyszedł? Za co mnie przeprosił? Owszem mogła bym za wiele rzeczy go winić, ale to ja byłam osobą, która powinna przepraszać.
Po chwili kiedy drzwi się uchyliły zerwałam wzrok ze ściany kierując go na drzwi z nadzieją, że ujrzę w nich Arsena. "Jasne, chyba sobie kpie."- pomyślałam. W drzwiach stanęła pokojówka, która się mną zajmowała.
-Panno Scarlett, pani jeszcze nie śpi? Powinna pani odpoczywać.
-Gdzie jest książę?- zapytałam ignorując jej wcześniejsza wypowiedź.
-Kazał mi się panią zająć, ale również...- miałam wrażenie, że nie potrafi dokończyć, chyba wiedziała, że wtedy wybuchnę.
-Również, kazał nie mówić gdzie jest? To chciałaś powiedzieć?- zapytałam lekko zdenerwowana z drwiącym uśmiechem. Kiedy spotka cię coś dobrego, nie licz na zbyt wiele.
Pokojówka tylko spuściła lekko głowę, po czym prawie niewyraźnie potwierdziła moje słowa kiwając głową. Wątpię w to, że ona wie gdzie on pojechał. Wie do czego mogę się posunąć aby z niej to wyciągnąć.
-Mogę cię o coś prosić?- zapytałam z drżeniem w głosie którego nie potrafiłam opanować. Mimo wszystko nie chciałam porwać się emocją. Nie chciałam ukazać huraganu, który tak niszczy mnie od środka. Tym bardziej te uczucia powinny zniknąć, iż on wyszedł.
-Tak- odpowiedziała lekko zdziwiona moim zachowaniem.
-Proszę nie wpuszczać do pokoju nikogo oprócz lekarza , ale to w wyjątkowych sytuacjach.
-Musi pani przecież coś jeść.- stwierdziła lekko histerycznie
-Wiem, proszę więc tylko o posiłki, czyste ubranie i kontrole lekarza. Nic więcej. Nie potrzebuje rozmów z tymi którzy zostali do nich zmuszeni, nie potrzebuję łaski. Pamiętaj nikogo więcej.
-Dobrze, a książę?- zapytała
-Wątpię, czy przyjdzie, ale jeśli tak proszę go wpuścić.
-Więc do pani komnaty nie może wejść nikt oprócz mnie i lekarza?- w myślach dodałam jeszcze Arsena, ale nawet ona nie wierzy w to, że przyjdzie skoro zapomniała go wymienić.
-Tak- lekko uniosłam kąciki ust, próbując się uśmiechnąć.
Kobieta zgasiła światło, ostrożnie zamykając drzwi, aby przez przypadek nie wydały one nieodpowiedniego hałasu. Powoli ułożyłam się na łóżku, nie chciałam dodawać sobie bólu, wystarczy mi ten fizyczny, w zupełności. Kiedy trwałam z nim w pocałunku czułam coś, czego moja dusza już dawno nie znała, ale kiedy wyszedł wrócił mrok. Ponownie ogarnęła mnie nienawiść.
Minęły dopiero 3 miesiące, z zewnątrz ogarnia mnie stoicki spokój, no może w oczach płonie iskra nienawiści, ale gdyby ktoś miał wgląd do mojego wnętrza prosił by aby być ślepym. Za tydzień będę mogła stąd wyjść, będę prosić o to aby już więcej tu nie wrócić.Nie rozmawiałam z nikim, kto jest z rodziny królewskiej, musiałam chociaż trochę odpocząć odetchnąć od chęci czyjeś śmierci, bo ilekroć spojrzę komuś z nich w oczy nóż mi się w kieszeni otwiera.
Dziś jest 15 listopada, oto już siedem lat kiedy nie ma moich rodziców. Chciałabym pójść na cmentarz, złożyć na ich grobie moje ulubione kwiaty, ale ich ciał tam nie ma, po prostu tak przyjęto. Tego dnia wyjątkowo wyjdę na zewnątrz, przemierzając ogród przygotowujący się do zimy.
-Świetnie się pani trzyma.- usłyszałam głos zza pleców. Nie trudno było go rozpoznać. Zacisnęłam skrycie pięść, ale zanim się odwróciłam rozluźniłam ją.
-Witaj królu.- nie zdołałam spojrzeć mu w oczy.
-Dobrze, że nie muszę mówić Ci abyś darowała sobie ukłon.- odparł z ironią. Nie miałam zamiaru mu się kłaniać.
-Nie dziele ludzi ze względu na hierarchię, ale na to co czynią, jak czynią i do czego dążą. Nie pochwalam twoich czynów, ekscelencjo więc ukłon w tym przypadku był by sprzeczny z moimi zasadami.
-Pewnie gdybyś miała ze mną rozmawiać na łożu śmierci nie byłabyś taka pyskata.
-"Pewnie gdybym była na łożu śmierci zabiłabym Cię i czekała, jak za chwilę spotkamy się w piekle."- pomyślałam.
-Zdziwiłabym waszą wysokość w takiej sytuacji.- uśmiechnęłam się.
-Nie bardziej niż mój syn w ostatniej sytuacji.- na myśl o Arsenie przeszły po mnie ciarki. Nie miałam zamiaru ani o nim rozmawiać,myśleć, czy słuchać.
-Kiedy stanę przed sądem?- zadecydowałam spojrzeć mu w oczy
-Nie stanie pani. Nie jest pani niczemu winna, za to mój syn...- westchnął głęboko- Stawi się pani przed sądem tylko jako świadek.- zaniepokoiły mnie jego słowa. Czułam, że coś jest nie tak. Król pewnie tylko czeka aby móc oczyścić jedynego syna, nie patrzał by na to kim jestem.
-Kiedy się to odbędzie?- odparłam niby niewzruszona
-Równo za miesiąc.
-Rozumiem- odparłam powstrzymując się by nie powiedzieć kilka słów za dużo.
-Kiedy postanawia pani opuścić zamek?
-Najszybciej jak się da. Wydaje mi się, że już za tydzień. Chce mi król urządzić przyjęcie pożegnalne? Niepotrzebnie król się fatyguje, podziękuję.
-Nic z tych rzeczy.- przyglądałam się uważnie jak maskuje gniew który stał się skutkiem mojego bezczelnego zachowania.- Muszę wiedzieć takie rzeczy.
"Oczywiście, król musi wiedzieć wszystko."
-Czy król chce wiedzieć jeszcze coś? Bo śpieszy mi się.
-Tak, czy wiesz gdzie przebywa mój syn- to było niczym uderzenie w głowę ciężkim i tępym narzędziem. Skąd ja miałam to wiedzieć, myślałam, że on to wie, że Arsen wyjechał za jego słowem.
-Nie, skądże ten pomysł?- zapytałam, ale nie uzyskałam odpowiedzi.- A więc rozumiem, że widzimy się dnia w którym wyjdę, będzie mi król machał na pożegnanie?- zapytałam cicho. Rozeszliśmy się w swoje strony, a ja już bacznie liczyłam dni kiedy stąd wyjdę. Gdyby nie los, który obdarował mnie w przeszłości tak krwawymi niespodziankami, przynajmniej jedna noc była by nie przespana, ale przepłakana. Lecz ja nie widzę powodu, przecież to książę? Co, może jeszcze będę się łudzić, że coś do mnie czuję? Kolejna zabawka.
Mimo to, nie mam zamiaru patrzeć, jak skazują go na śmierć. Co by się nie stało nie chcę na to pozwolić. Nie będę potrafiła spojrzeć mu w oczy, nawet nie wiem czy zamienię z nim słowo, chociaż znając mój nie wyparzony język to nie będzie duży problem. Jeśli będzie trzeba wezmę wszystko na siebie, ale to w przypadku śmierci, wygnania długiego pobytu w klatce i tym podobnym.
Tak strasznie księciunio namieszał, tak strasznie. Mam ochotę wyrwać mu serce z piersi, ale tak bardzo chciałabym usłyszeć jego bicie. Lecz do czasu kiedy się spotkamy znowu sprawię, że będzie dla mnie nikim.
Nie mogę pozwalać sobą manipulować.

(Arsen?)

piątek, 30 stycznia 2015

Od Celin CD Joffrey

Jego gra była intrygująca, a zarazem uspokajająca. Gdy grał "wychodziły" z niego wszelkie uczucia, choć dało się dostrzec jego perfekcyjnie dopracowane oponowanie. Był taki jakiś... inny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Nie wiem, co skłoniło mnie wtedy, aby do niego podejść. Wydaję mi się, że kierowałam się zwyczajnym impulsem. Prawdą jest też, że od dawna brakowało mi towarzystwa i jakiejkolwiek rozmowy. Pewnie to też złożyło się na mój odważny czyn.
- Świetnie grałeś - odparłam lekko zmieszana
- Cóż za zaszczyt usłyszeć to z twoich ust, pani - powiedział sarkastycznie
Na moje policzki wpłynął bladoróżowy rumieniec, w wyniku czego odwróciłam trochę głowę. Po dwóch spokojnych wdechach znów spojrzałam na niego.
- Jak Ci na imię ? - spytałam z lekkim chłodem
- Joffrey. Jak wiesz, twoje imię znam księżniczko Celin -znów ten sarkastyczny ton- A to jest Yukiteru, mój towarzysz - dodał
- Miło mi. Jesteście tu nowi jak mniemam - odparłam
Skinął głową i przyjął jeszcze bardziej luźną pozycję. Był dość zamknięty w sobie i raczej nie wzbudzał nieufności.
- Długo grasz ? - z moich ust padło kolejne pytanie
- Wystarczająco długo, by zachwycać ludzi - sarknął
W odpowiedzi wywróciłam tylko oczami. Już zapomniałam jacy potrafią być ludzie.
- Mogę się dowiedzieć, kiedy planujesz następny występ, panie "zwinne palce" ? - zaśmiałam się

Joffrey  ?

Od Catherine CD Viserysa

-Długo... -Odparłam cicho.
-Słucham? -Zapytał.
-Długo wytrzymałeś. Ja uciekłam po roku. Miałam 8 lat. Te facet ciągle mnie prześladuje w koszmarach... Ty wiesz jak to jest? - Zapytałam podnosząc głowę.
W oczach zalśniły mi łzy. Chłopak podszedł do mnie i ku mojemu zdziwieniu objął mnie. Nie wiem kiedy moje ręce zatrzymały się na jego klatce piersiowej... Pierwszy raz od dawna poczułam się bezpieczna.
Nie wiem jak długo tak siedzieliśmy... Lecz w końcu przyszedł czas aby wrócić do domu.
Odprowadziła smoczycę do pieczary i sama poszłam spać. Położyłam się na łóżku i jakoś minęło mi zmęczenie. Starałam się wyłączyć myślenie, ale mój mózg ciągle powracał do wydarzeń z dzisiejszego wieczora. Czego ja oczekiwałam? Nie chciałam być następną zdobyczą Viserysa. Słyszałam o nim mnóstwo plotek... Ponoć rozkochuje w sobie dziewczyny tylko po to aby się z nimi przespać. Miałam być jego kolejną zdobyczą? Dlatego chciał wtedy iść do karczmy? Może liczył na to, że już wtedy odkreśli mnie na swojej liście? Ile jeszcze dziewczyn chce uwieść? Nie, nie będę jego panienką. Nie chcę być wykorzystana... Ale ten gest, nie obmacywał mnie wtedy, nie dopierał się do mnie... Chciał mnie tylko pocieszyć. Sama już nie wiem co mam o nim myśleć... Tak bardzo różnił się od Aarona... Tylko ja chyba w ogólnie nie jestem gotowa na żadnego z nich. Jeden z nich jest najbardziej wrednym i egoistycznym gościem na świecie a drugi chce mnie tylko zaciągnąć do łóżka. Czym ja sobie na to zasłużyłam? Nawet jeśli myślałam o nich w ten sposób, to jednak myślałam, prawda? Tak będzie co wieczór?
Wstałam rano wcześnie, nie mogłam spać... Mam już dość tych facetów. Kiedy potrzebowałam oparcia w moim życiu nie było przy mnie nikogo, a teraz nagle wszyscy mnie zauważają... Szłam właśnie na targ, ay kupić świeże owoce, gdy nagle poczułam czyjąś dłoń na ustach. Ktoś ciągnął mnie w ciemną uliczkę. Była przerażona.
-Kim jesteś? - Zapytała nieznajoma.
Napastnik okazał się być kobietą.
-Ja? Kim ty jesteś. - Zapytałam
-Jeszcze pytasz? To ty łazisz od kilku dni za moim facetem i śmiesz jeszcze pytać kim jestem?
Jej facet? No chyba nie Aaron, więc... Te plotki o Visie były prawdziwe.
-Nie wiedziałam, że Vis i ty ... Powiedziałam, ale mi przerwała.
-To już wiesz, zostaw go w spokoju, dobrze Ci radzę.
Wróciłam do domu. Mój wzrok nieustannie padał na skrzypce wiszące na ścianie... Tak stare, że tylko ona pamiętały moją mamę dokładnie, tylko one... Nie używałam ich też dlatego, że bałam się, że gdy będę na nich grać to o niej zapomną. Śmieszne co? Przecież przedmioty niczego nie pamiętają... Chwyciłam instrument i obejrzałam go dokładnie. Moje place już dawno wołały o to abym coś zagrała, chwyciłam smyczek. Nad niczym więcej już nie myślałam...



Viserys?

Od Arsena CD Scarlett

Podniosłem Scarlett z podłogi niemal tak szybko jak się na niej znalazła. Krzyknąłem aby ktoś wezwał medyka, a ten zjawił się tu po chwili. Obadał dziewczynę i powiedział, że miała dużo szczęścia i to nic poważnego. Spoglądałem na niego nieufnie za każdym razem gdy go widziałem. Po chwili do pokoju przyszła służąca, która miła pomóc Scarlett się umyć, widziałem, że dziewczyna nie jest zadowolona z tego powodu.
-Jak Ci się to nie podoba to ja mogę Ci pomóc. – Odpowiedziałem śmiejąc się z jej zachowania.
Dziewczyna spojrzała na groźnie i bez dalszych komplikacji poszła z pomocą służącej do łazienki.
Postanowiłem wykorzystać jej nieobecność aby odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Wyszedłem na zewnątrz  i udałem się do ogrodu. Przedarłem się przez labirynt z żywopłotu. Usiadłem na ławce, która znajdowała się naprzeciwko ogromnej fontanny przedstawiającej Pierwszego Smoka. Założyłem ręce za głowę i uśmiechnąłem się do siebie.
-Na twoim miejscu bym się tak nie cieszyła. – Powiedziała zaniepokojona Celin.
Jej głos poznałbym nawet wtedy gdybym był głuchy, naprawdę, moja siostra miała tak kojący, delikatny głos… To właśnie ją wspominam najlepiej z mojego dzieciństwa.
-Co masz na myśli? –Zapytałem wyrwany z zamyślenia.
-Tato nie jest zadowolony z tego co zrobiłeś. To znaczy nie potępia Cię, ale postaw się w jego sytuacji… Co on ma powiedzieć ty ludziom? Że jego syn zabił ich kochanego burmistrza i jego strażników? – Zapytała siadając obok mnie.
-Kochanego? Temu człowiekowi daleko do tego aby go tak określać. Tak w ogóle to co ty tu robisz? Nie powinnaś być w zamku?
Dziewczyna wyraźnie posmutniała.
-Nie, przyjechałam tu z tatą.
To było jak cios w serce. Zabrał ją ze sobą, zamiast mnie? Zawsze wmawiał mi, że nie wszędzie możemy jeździć razem, bo nie wszędzie jest bezpiecznie. Nie zgadzałem się z tym, ale nic nie mogłem zrobić. Ale dlaczego gdzieś miałem być mniej bezpieczny niż moja siostra? Byłem na niego zły. Narażał ją zamiast mnie. Jak on mógł być tak bezmyślny?
Celin wyjaśniła mi jeszcze, że ojciec obecnie próbuje jakoś uzasadnić moje zachowanie i, że nie jest mu łatwo. Trudno, doigrał się. Nie było mi go żal.
Wieczorem, przed kolacją poszedłem jeszcze do Scarlett. Gdy weszłam do jej pokoju spała, więc  jej nie przeszkadzać. Udałem się więc na kolację.
Usiadłem przy stole i czekałem aż podadzą pierwsze danie. Nie byłem głodny i przyszedłem tutaj tylko ze względu na to co powiedziała mi siostra. Dziewczyna przyszła zaraz po mnie i usiadła obok. Uśmiechnąłem się do niej kwaśno.
Gdy wszyscy się już zaszli, zabraliśmy się za jedzenie. Zabrałem się za skubanie jedzenia i słuchania rozmowy ojca.
-Trevorze, może wyjaśnisz mi może co skłoniło Twojego syna do zabójstwa. - Zapytał Nicolas, nasz gospodarz. 
Wyprostowałem się na te słowa. A król spojrzał zmęczony na przyjaciela.
-Burmistrz znęcał się nad jego przyjaciółką, ty byś pozwolił na coś takiego? - Zapytał ojciec, on chyba sam nie wierzył w swoje słowa.
-A ty Arsenie, jak się wytłumaczysz? - Zapytał wnikliwie Nick.
-Nie miałem wyjścia... - Odparłem krótko.
Na te słowa gospodarz zaśmiał się głośno. Byłem zdezorientowany, ale starałem się to ukryć. Celin siedziała obok kuląc się jakby ze strachu. Wiedziała coś co do mnie nie docierało. Zabiłem człowieka i poniosę karę.
-Jak w ogóle śmiesz tak mówić? - Zapytał groźnie.- David był moim przyjacielem i dobrym człowiekiem, a ty zabiłeś go aby ratować kogoś takiego jak ta dziewucha!? Nie zasługiwała na to aby żyć, jest zwykłym zbrodniarzem i kto wie co jeszcze robi żeby sobie dorobić!- Krzyknął wzburzony Nicolas.
Przegiął, może mi ubliżać ile chce, ale nie pozwolę obrażać kogoś kto nie może się obronić, bo go tu nie ma. Wstałem i spokojnym krokiem podszedłem do niego. Mężczyzna był mniej-więcej w moim wieku i nie doceniał mnie. Nie fatygowałem się w proszenie o odejście od stołu. Chwyciłem go za koszulę i 'pomogłem wstać z krzesła'. Bez trudu udało mi się go ponieść trzymając za ubranie.
-Chyba nie wiesz do kogo i o kim mówisz. - warknąłem widząc strach w jego oczach.
Puściłem chłopaka i pozwoliłem mu upaść na ziemię.
-Arsen! - Krzyknął ojciec wstając od stołu.
Westchnąłem głęboko, jeszcze ten zacznie mi prawić kazania.
-Nic Ci nie jest chłopcze? - Zapytał podchodząc do mnie.
Co proszę? Zamrugałem ze zdziwienia. Czy on właśnie stanął po mojej stronie. Nicolas wydawał się równie zdziwiony co ja. 
-Nicolasie zdajesz sobie sprawę, że nawrzucałeś mojemu synowi? Jesteś niewdzięczny i bezczelny. - Kontynuował spokojnie ojciec. 
Nicolas kulił się pod karcącym głosem ojca. Po chwili we dwóch wyszliśmy z jadalni. 
-Teraz mogę Cię bronić, ale obawiam się, że gdy wrócimy do domu kara Cię nie ominie. Chcę dla Ciebie jak najlepiej... Wydaje mi się, że lepiej będzie jeśli... Jeśli nie wrócisz z nami do domu. - Powiedział z trudem.
Patrzyłem na niego pustymi oczyma. Nie wracać do domu? Zawsze chciałem stamtąd uciec, ale chyba nigdy nie myślałem o tym poważnie. Mam nie wracać do rodziny, do przyjaciół. Do domu? 
-Co ze Scarlett? - Zapytałem tylko. 
-Obawiam się, że też za to odpowie. - Powiedział ojciec po chwili milczenia. 
-Nie możecie wciągnąć w to tylko mnie? - Zapytałem.
Ojciec spojrzał na mnie z politowaniem. 
-To chyba dałoby się załatwić, ale Arsen... Dlaczego nie zrobić czegoś odwrotnego...
-Nie chcę tego słuchać. Obiecaj mi, że włos jej z głowy nie spadnie. 
Ojciec milczał, lecz po długiej chwili przystanął na moją prośbę. 
Wróciłem do pokoju Scarlett. Co robić?
-Coś się stało? - Zapytała zaspana.
Chyba nie powinienem jej teraz denerwować,  i narażać na stres, ona ma się zająć tylko swoim zdrowiem. Ale to do tyczy też jej... Spojrzałem na nią i zrozumiałem powód dla którego to robię. Zawsze wszystko robiłem dla siebie i to też nie było dla niej. 
Dziewczyna siedziała na brzegu łóżka w jedwabnej koszuli. Podszedłem do niej i wziąwszy jej twarz w dłonie pocałowałem ją. Dziewczyna oddała pocałunek, nie wiem czy to z zaskoczenia, nie chciałem o tym myśleć.
-Przepraszam Scarlett Asgard. - Powiedziałem oddalając się trochę. 
Szybko wyszedłem z pokoju i wsiadłem na Ivariona. Postanowiłem zaufać ojcu.

Scarlett?

Od Joffrey'a

Dziś miałem jeden z ważniejszych występów. Ważniejszych to znaczy przed większą publicznością. Już od samego rana w starym teatrze trwały przygotowania. Na występy artystów mieli przyjechać jacyś bogaci kupcy, szlachta czy kto tam jeszcze.
Na ścianach teatru pojawiły się obrazy, nie byle jakie z resztą. Przedstawiały różne rzeczy, od pięknych krajobrazów po zwykłe ulice Imperium. Zatrzymałem się przy jednym z nich. Ukazywał zachód słońca nad jakimś jeziorem.
- Podoba się?- usłyszałem za plecami damski głos. Odwróciłem się i spojrzałem na malarkę i autorkę obrazów. Dziewczyna była wysoka, miała czarne włosy i bladą cerę. Skrzyżowałem ramiona.
-Mogą być, choć nie znam się za bardzo na malarstwie. - odparłem. Mój głos był jak zawsze chłodny i pełen rezerwy. Nie szkodzi, nie czułem potrzeby bycia miłym.
- Czym się zajmujesz?- zapytała od niechcenia.
- Gram na pianinie. - odpowiedziałem krótko. - Jak się nazywasz? - spojrzałem na dziewczynę.
- Argona. A ty...
- Joffrey. - przerwałem jej odpowiedzią w połowie pytania. Podszedł do nas szef teatru.
- Wszyscy już przyszli. Możesz iść zaczynać. - zwrócił się do mnie.
- Rozumiem. - nawet na niego nie spojrzałem. Wszedłem na scenę i usiadłem przy instrumencie. Ludzie ucichli po kilku pierwszych taktach, słuchając jak gram. Ten ich niemy zachwyt mnie bawił.

Kiedy skończyłem ukłoniłem się sztywno i znikłem z ich oczu nagradzany oklaskami.
- Całkiem nieźle. Ile czasu już grasz?- zapytała.
- 15 lat. - mruknąłem kierując się do wyjścia.

Argona?

Nowa Członkini

Powitajmy serdecznie Callę i jej smoczycę Lunaris! Mamy nadzieję, że spodoba im się w naszych szeregach.

Od Viserysa Cd. Catherine

Wbiłem spojrzenie w ogień.
- Tęsknie...to oczywiste, ale wydaje mi się, że tam jest jej lepiej. - powiedziałem jakby do siebie. - Wiesz, kilka razy odwiedzałem tamto miasteczko. Obserowałem ją...dobrze jej się wiedzie, bibliotekarka zastępuje jej matkę, chyba nawet znalazła sobie chłopca. - dodałem. - Nie odważyłem się do niej podejść. Ona ma tam swój świat, pewnie jest na mnie zła, bo musiałem ją zostawić. Nie chcę wchodzić w życie Dany z butami, kiedy widzę, że ułożyła je sobie na nowo. - dokończyłem. Nadal nie podnosiłem wzroku z tańczących po drewnie płomieni.
- Rozumiem...- usłyszałem głos Cathy. Wiedziałem jednak, że uważa na odwrót. Pewnie jej zdaniem powinienem porozmawiać z Daenerys. Prawda była taka, że po prostu stchórzyłem, nie dałbym rady spojrzeć w oczy siostrze, którą poniekąd porzuciłem.
- Ty nie masz rodzeństwa, tak?- zapytałem. Przytaknąłe tylko. Siedzielismy chwilę w milczeniu.
- Miał nam się urodzić brat. - zacząłem. Czułem się strasznie niepewnie, wszystkie te wspomnienia dusiłem w sobie, a teraz miałem komuś o tym opowiedzieć. - Przyszedł na świat martwy. Matka zmarła kilka dni po porodzie. Nawet nie znam szczegółów, lekarze nie mówią takich rzeczy dzieciom. Ojciec się załamał. To chyba normalne, po takiej stracie, każdy czuje pustkę. On nie potrafił z tego wyjść. Topił smutki w alkoholu. Strasznie to egoistyczne, prawda? W końcu miał jeszcze dwójkę dzieci. Zajmowałem się domem, opiekowałem się Dany. Na początku nie było źle, wystarczyło go tylko co jakiś czas odprowadzać do domu z karczm. Potem zrobił się agresywny, stracił pracę. To ja musiałem zarabiać na dom. Ledwo starczało nam na czynsz, a ten pijak wszystkie oszczędności wydawał na wódkę. - powiedziałem. Przez chwilę milczałem. - Dany była drobną dziewczynką, gdyby ojciec się do niej dorwał mógłby ja pobić na śmierć. Broniłem jej, przez co obrywałem podwójnie. Chodziłem na polowania, żeby zapewnić jakoś jedzenie. Strasznie się wtedy bałem, że pod moją nieobecność skrzywdzi Daenerys. Czasami kiedy ojciec wpadł w furię, byłem tak poobijany, że nie mogłem się ruszać. Wtedy Dany szła do miasta i żebrała o pieniadze na jedzenie. To było straszne, złamał mi dwa żebra, wyrwał rękę ze stawu, rzucał butelkami. - kontynuowałem. Mimowolnie dotknąłem brzucha, na którym miałem blizny po tłuczonym szkle. - Kiedy skończyłem 18 lat, zabrałem siostrę i uciekłem. Cały czas miałem wrażenie, że ojciec idzie naszym śladem. Zostawiłem Dany u bibliotekarki, żeby była bezpieczna i mogła się uczyć. - dokończyłem. Zapadło głuche milczenie. W końcu podniosłem wzrok i spojrzałem na Cathy.
- To wszystko. Potem oswoiłem Netflix i trafiłem do Szklanego Imperium. - powiedziałem. Dorzuciłem do ogniska drewna, aby ogień nie wygasł.

Catherine?

Od Argony CD Tassyi

Siedziałam tak, siedziałam i wpatrywałam się w przestrzeń. Nie oddychałam. Słyszałam dokładnie czyjeś kroki, zbliżające się do miejsca mojego pobytu. Skrzypnięcie drzwi i w polu widzenia pojawiła się ładna, białowłosa kobieta. Ta sama co poprzedniego dnia.
-Coś się stało? - zapytała cicho - Śniadanie gotowe.
Wzięłam oddech i powoli wstałam.
- Śniadanie? - zapytałam.
- Tak. Pewnie jesteś głodna.
- Ja...
_Możesz jej zaufać. To dobra osoba, dba o innych_
- Jestem - przyznałam. - Nie znam twojego imienia...
- Tassya Snow - przedstawiła się. - Chodź.
Ruszyłyśmy przez dom do niewielkiej jadalni. Śniadanie nie było zbyt wystawne, ale smaczne. Przez cały posiłek dziewczyna przyglądała mi się dyskretnie, jednak nic nie powiedziała. Dopiero po skończeniu zapytała:
- Dziś ruszysz w dalszą drogę, prawda?
- Nie. - Pokręciłam przecząco głową. - Chce tu zamieszkać... muszę tylko znaleźć odpowiednie miejsce dla mnie i Hikari'ego.

(Tassya?)