niedziela, 25 stycznia 2015

Od Arsena CD Scarlett

Ta propozycja mnie zaskoczyła, dziewczyna ledwo wróciła do zdrowia, nawet nie do końca, a już się garnie żeby wyjeżdżać? Może ma to coś wspólnego z wyjazdem ojca do Werony? Ne chcę wierzyć w to, że Scarlett planuje go zabić. Nie, już przestałem w  to wierzyć.
-Dlaczego tak się spieszysz? – Zapytałem mieszając herbatę.
Nie wiem czy to ukryłem czy nie, ale nie czułem się z tym dobrze. Nie chciałem żeby teraz wyjeżdżała, nie chciałem żeby w ogóle wyjeżdżała. Ale przecież nie mogę jej tu zatrzymać siłą.
-George! – Zawołałem służącego. – Przyprowadź panience Scarlett najwytrzymalszego konia w stajni.
-Paniczowi chodzi o Alcatraz’a? – Zapytał służący.
-Tak… - odparłem poirytowany.
-Ale, panicz wie, że …
-Wyraziłem się niejasno!?
Służący zniknął niemal tak szybo jak się pojawił, wiem, że Alcatraz to mój ogier, ale nie mogłem dać Scarlett konia, który padł by po kilku dniach wędrówki. Na tego ogiera mogłem liczyć.
-To było niemiłe. – Powiedziała zaskoczona Scarlett.
-Akurat ty nie będziesz mnie pouczać co jest miłe a co nie. – Syknąłem przez zęby
Dziewczyna opuściłam balon zaraz po służącym.
-Wyjść. – nakazałem reszcie podwładnych.
Ci nie stawiali oporu.
Co ja robię? Przecież nie jestem taki. Podszedłem do balkonu i oparłem się o niego. Z frustracji uderzyłem pięścią w ceglaną balustradę. Bolało, ale nie przejmowałem się tym. Gdy się odwróciłem widziałem już tylko jak Scarlett razem z Alcatraz’em opuszczają miasto.

Nie wiem co mnie do tego nakłoniło, ale koło południa byłem już miejscowości, do której udała się dziewczyna. Jakiś impuls kazał mi ją śledzić, coś mi podpowiadało, że to nie będzie bezpieczna wyprawa dla niej. I to ‘coś’ miało rację. Scarlett zgodnie z moimi podejrzeniami udała się do Werony. Planowała narobić bałaganu. W sumie to nawet jej się udało, ale z odwrotnym skutkiem.
Po przyjeździe do miasta udałem się do karczmy, no bo gdzie najszybciej dowiedzieć się o planowanych zamieszkach jak nie tam? Miałem wielką nadzieję, że nikt mnie tu nie rozpozna, i na szczęście tak się stało. Jeden z klientów (piany prawie do nieprzytomności) powiedział mi, że jakaś tajemnicza ‘V’ panuje napaść na burmistrza. No tak… Pospieszyłem do ratusza. Postanowiłem wejść do środka przez kuchnię, niedaleko tego miejsca zastałem przywiązanego Alcatraz’a. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że ona tak jest. Bez zastanowienia wszedłem do środka i nie zważając na ciekawskie spojrzenia kucharzy zacząłem poszukiwania.
Wyszedłem na główny korytarz i niemal automatycznie spostrzegłem straże ojca. Pilnowali oni wejścia do gabinetu, podejrzewałem, że tam właśnie odbywa się rozmowa. Nie chciałem tam wchodzić, ale usłyszałem coś, przez co musiałem to zrobić. Jej głos.
Strażnicy zdziwili się na mój widok.
-Wpuście mnie. –nakazałem.
-Niestety książę, ale nie możemy…- Odparł jeden z nich.
-Nie słyszysz co mówię? Ja wydaję rozkazy i nakazuję ci mnie wpuścić.
-Książę myśli, że ma tu jakąś władzę? Twój ojciec kazał nikogo nie wpuszczać.
-Chcę z nim porozmawiać, bezczelny strażniku.
-Króla tam nie ma. – Odparł automatycznie.
Teraz to już na pewno musiałem tam wejść, albo po dobroci albo siłą. Niestety pierwsza opcja nie przynosiła rezultatów. Po chwili strażnicy leżeli nieprzytomni a ja mogłem w spokoju wejść do pomieszczenia. Zastałem tam coś co już do końca życia będzie mnie prześladować w najgorszych koszmarach. Scarlett siedziała związana przy biurku a nad nią stał jakiś facet. Gościu w ręku trzymał jeden z jej sztyletów, broń była czerwona od krwi jej właścicielki. Bez zastanowienia wyciągnąłem swój miecz i wbiłem go napastnikowi w plecy. Szybkim ruchem przeciąłem sznury.
-Księciunia nie uczyli, że wbijanie noża w plecy jest bardzo niehonorowe? – Zapytała Scarlett ledwo łapiąc oddech. – Co za ironia, znowu spotykamy się kiedy jestem bliska śmierci…
-Zamknij się już. – powiedziałem zdezorientowany.
‘Weź się w garść’ powtarzałem sobie.
Po chwili namysłu zabrałem się za analizę ran, było ich mnóstwo. Nie bardzo wiem co tu się wydarzyło, ale to nie było teraz istotne. Opatrzyłem powierzchownie kilka głębszych ran i wziąwszy dziewczynę na ręce zabrałem się za szukanie ojca. Czemu ojca? Bo z nim był medyk, i to dobry medyk.
Król, jako że było już ciemno, przebywał pewnie w swoim pokoju. Znalezienie pokoju króla też nie było trudne. Wystarczyło szukać domu jednego z jego podwładnych. Wiedziałem, że zatrzymał się u jakiegoś Nicolasa.
W tym całym amoku udało mi się tylko zauważyć, że jego posiadłość jest ogromna. Wparowałem do środka.
-Przyślij to medyka króla. – Rozkazałem pierwszemu lepszemu służącemu. – Nie gap się tak, jestem jego synem!
To podziałało jak zielne światło.
-Jej stan jest krytyczny. – powiedział medyk kiedy już ją zobaczył.
-A ty ją z tego wyciągniesz. – Warknąłem przez zęby.

Tak cała noc zleciała mi na siedzeniu w jej komnacie i obserwowaniu pracy lekarzy. Tym razem nie dałem się wyrzucić.
Lekarz wyszedł z pokoju jakoś około 6 rano, na jego szczęście stan Scarlett jest już stabilny. Zasłoniłem okna w pokoju, aby nie obudziło jej światło i wyszedłem porozmawiać z ojcem.

Mężczyzna siedział w biurze, wyraźnie zdenerwowany, i popijał kawę.
-Wzywałeś mnie. – powiedziałem kłaniając się lekko.
-Daruj sobie chłopcze te ukłony. Powiedz mi tylko dlaczego dwóch strażników, których przydzieliłem do ochrony burmistrza, nie żyje? Albo dlaczego burmistrz nie żyje? Albo dlaczego dziewczyna, która planowała na niego zamach leży właśnie w jednej z sypialni w domu mojego przyjaciela? Albo co ty tu robisz?!
-Strażnicy żyją, jak ich zostawiałem byli tylko nieprzytomni…- myślałem na głos.
Nie dam się wrobić w ich śmierć.
-A co z burmistrzem?
-Napastował Scarlett, miałem pozwolić mu ją zabić!? – nie wytrzymałem. – Nie będę się przyglądał śmierci osób, na których mi zależy. Nie jestem Tobą!
Za tą zgryźliwą uwagę zarobiłem bolesny cios w policzek i wyszedłem z pokoju. Wróciłem do pokoju, w którym leżała dziewczyna.


Scarlett? (trochę długie wyszło ;/ )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz